sobota, 26 września 2015

Transfery, które niszczą

autor: Alberto Segade, źródło: wikipedia.org
Podpisując umowę, byli przekonani, że przed nimi najlepsze lata kariery, największe pieniądze, ogromna popularność i zaszczytne miejsce
w klubowej historii. Rzeczywistość okazała się jednak mniej kolorowa. Zamiast pięknych goli i splendoru była ławka rezerwowych, coraz większa presja i narastająca frustracja, a potem rozwiązanie kontraktu i wyjście po cichu, tylnymi drzwiami. Gdyby wiedzieli, że ten jeden, wydawałoby się łatwy, wybór tak skomplikuje im kariery, nigdy by się na niego nie zdecydowali. Oto piłkarze, których zniszczyły wielkie transfery.

Fernando Torres. Czerwona klątwa

214 meczów, 82 gole - to bilans El Niño w Atlético Madryt w latach 2001-2007. Na Vicente Caldéron nie był gwiazdą, był bogiem, idolem nastolatków i obiektem westchnień nastolatek, a także najmłodszym kapitanem w historii klubu (został nim mając zaledwie 19 lat). Gdy w lipcu 2007 roku za 38 mln euro przechodził do Liverpoolu, czerwona część Madrytu płakała.

To w zespole z Anfield Fernando Torres stał się jednym z najlepszych, jeśli wówczas nie najlepszym napastnikiem świata. W ciągu czterech lat wystąpił w 142 meczach, strzelił w nich 81 goli i zanotował 20 asyst. Był trzeci w plebiscycie Złotej Piłki, wybierano go do drużyny roku UEFA i dwukrotnie FIFPro. Został nawet wybrany piłkarzem finału Euro 2008.

W styczniu 2011 roku Torres dołączył do ekipy Chelsea Londyn. Kosztował Romana Abramowicza 58,5 mln euro i Rosjanin był pewny, że jego nowy nabytek jest wart tych pieniędzy. Fani Liverpoolu, którzy do niedawna wychwalali go pod niebiosa, w jednej chwili zaczęli pałać do niego nienawiścią. Hiszpan zdradził ich klub, przechodząc do jednego
z największych rywali! Z perspektywy czasu można zaryzykować hipotezę, czy jeden z fanów Liverpoolu przypadkiem nie rzucił na niego klątwy, która do dziś na nim ciąży? Od momentu odejścia z LFC Torres stracił bowiem swoją moc.

W Chelsea irytował nieporadnością, marnował znakomite okazje bramkowe jedna za drugą, potykał się wręcz o własne nogi. Nikt nie potrafił mu pomóc, choć każdy z trenerów The Blues próbował - Carlo Ancelotti, Roberto Di Matteo, Rafael Benitez czy Jose Mourinho wierzyli w niego i desygnowali do gry częściej, niż na to zasługiwał. Torres starał się jak mógł, ale nie był w stanie się przełamać. Jego bilans w Chelsea to 175 meczów, 45 goli i 35 asyst nie jest tragiczny, ale zważając na zapłaconą za niego kwotę - zbyt mizerny.



31 sierpnia El Niño powiedział: dość i zgodził się na wypożyczenie do Milanu. Tam miał odzyskać radość z gry i skuteczność. Efekt - 10 meczów, 1 gol. Nie pozostało mu więc nic innego, jak wrócić tam, gdzie dorastał. Początek w nowym Atlético Madryt miał całkiem obiecujący i można mieć nadzieję, że w końcu uda mu się zdjąć ciążącą na nim klątwę.

Dlaczego Torresowi nie udało się w Chelsea? Umiejętności, by osiągnąć tam sukces, miał bez wątpienia. Zawiodła psychika. Hiszpan okazał się za słaby mentalnie na taki klub jak Chelsea. Pierwsze niepowodzenia podłamały go i spowodowały obniżenie własnej wartości. Potem nastąpił efekt kuli śniegowej. El Niño nie strzelał goli, grał coraz gorzej, samoocena spadała jeszcze niżej, a forma wraz z nią. Błędne koło. Diego Simeone, mistrz motywacji i wpływania na morale zawodników, podjął się zadania odkurzenia Torresa. Jeśli jemu się nie uda, nie dokona tego nikt.

Aleksandr Hleb. Kanonier, który przepadł w Katalonii

Czerwiec 2005. Hleb ma za sobą najlepszy rok w dotychczasowej karierze - niedawno został najlepszym asystentem Bundesligi (14 ostatnich podań), wybrano go też do jedenastki sezonu "Kickera", a Arsenal Londyn właśnie zapłacił za niego VfB Stuttgart 15 mln euro. Początek w drużynie Kanonierów Aleksandr Hleb ma pechowy - kontuzja kolana powoduje, że na boisku wraca dopiero w grudniu.

Jego liczby w Arsenalu na kolana nie powalają - 3 gole w Premier League
w pierwszym sezonie, 2 i 3 asysty w drugim oraz 2 bramki i 7 ostatnich podań w trzecim, ostatnim. Mimo to Arsene Wenger i kibice Kanonierów nie wyobrażają sobie bez niego drużyny - fani tworzą nawet o nim przyśpiewkę na melodię utworu Johnniego Allana "Rubber Dolly". Jego wkład w grę zespołu z Londynu dostrzegają też trenerzy innych drużyn. W końcu latem 2008 roku zgłasza się po Hleba wielka FC Barcelona. Za 15 mln euro (plus 2 mln bonusu) Białorusin staje się zawodnikiem Dumy Katalonii.



Na Camp Nou zupełnie sobie nie radzi. Łącznie we wszystkich rozgrywkach spędza na boisku 1680 minut, nie strzela ani jednego gola, notuje zaledwie 3 asysty i wraca do VfB Stuttgart, by się odbudować. Niestety, nie jest to takie proste. Kolejny sezon spędza na wypożyczeniu w Birmingham City.
W barwach Niebieskich również nie może odzyskać dawnego blasku. Latem 2011 roku Hleb uznaje, że nie pasuje do gry ekipy z St Andrew's i wraca do Barcelony, ale tylko po to, by znów zostać wypożyczonym. Tym razem do VfL Wolfsburg. Kolejna kontuzja sprawia, że w barwach Wilków występuje tylko czterokrotnie, w tym zaledwie raz jako gracz wyjściowej jedenastki.
W styczniu 2012 roku kontrakt Białorusina z Barceloną zostaje rozwiązany z powodu... notorycznych kontuzji.

Potem znakomity niegdyś pomocnik gra kolejno w Krylji Sowietow Samara, BATE Borysow, Konyasporze, Genclerbirligi i znów w BATE. W żadnym
z tych klubów nie strzela więcej niż 3 gole, a tylko w Konyasporze udaje mu się zanotować powyżej 10 asyst. Dziś Hleb ma 34 lata i próbuje dociągnąć do emerytury w Borysowie. O tym, że jego kariera nie potoczyła się tak, jak powinna, nie zdecydował hulaszczy tryb życia, używki ani krnąbrny temperament. Kontuzje, kontuzje i... transfer do Barcelony sprawiły, że Hleb to z jednej strony najlepszy, ale i najbardziej niespełniony białoruski piłkarz XXI wieku.

Nuri Sahin. Pechowy fan Mourinho

W latach 2005-2011 był sercem Borussii Dortmund. Rozegrał dla niej ponad 150 meczów, strzelił 24 gole i zanotował 36 asyst. W sezonie 2010/2011 został uznany najlepszym piłkarzem Bundesligi. Tuż po jego zakończeniu, jako gwiazdor jednej z najsilniejszych lig w Europie, za jedyne 10 mln euro przeszedł do Realu Madryt. Sahin przyznawał, że zdecydował się na przenosiny do stolicy Hiszpanii ze względu na osobę trenera José Mourinho.

Wejście do drużyny utrudniła mu kontuzja, w efekcie zadebiutował dopiero 6 listopada w meczu z Osasuną. Gdy dochodził do pełni sił, znów przytrafiał mu się drobny uraz, wybijający go z rytmu treningowego. Trzeba też przyznać, że Mourinho, którego Turek tak cenił, niezbyt chętnie na niego stawiał. W efekcie Sahin w koszulce Królewskich rozegrał zaledwie 10 meczów, strzelił 1 gola i zaliczył tyle samo asyst.



Latem 2012 roku Turek trafił na roczne wypożyczenie do Liverpoolu - tam również nie prezentował się na miarę swojego talentu. Zagrał w 12 meczach, w których strzelił 3 gole i zaliczył tyle samo asyst. Obserwując go na boisku, trudno było jednak pozbyć się wrażenia, że nie pasuje do Premier League. Gdy pół roku później wracał do Dortmundu, przyznawał że zarówno w Anglii, jak i wcześniej w Hiszpanii nie czuł się szczęśliwy. Ten smutek było widać na boisku. W poczynaniach Sahina brakowało pewności, Turek irytował stratami, często się zagapiał, wyglądał na rozkojarzonego. Kibice i eksperci zadawali sobie pytanie, co stało się z jednym z najlepszych środkowych pomocników świata?

Głównym powodem znacznej obniżki formy Sahina z pewnością były kontuzje. Tylko od powrotu do Dortmundu na początku 2013 roku wskutek różnego rodzaju urazów nie trenował przez prawie 400 dni! Problemy ze zdrowiem w połączeniu ze zwykłym pechem sprawiły, że w Realu rozczarował. Tamta porażka siedzi w nim do dziś.

Shinji Kagawa. Skarcony przez Diabły

Lato 2010 roku. Borussia Dortmund ogłasza pozyskanie 21-letniego Japończyka z Cerezo Osaka. Kwota transferu to zaledwie 350 tysięcy euro. Za ofensywnego pomocnika, który w 2009 roku był w stanie strzelić 27 goli w sezonie J-League, tak mała kwota odstępnego wydaje się okazją, z której głupotą byłoby nie skorzystać. Wkrótce okaże się, że szefowie BVB mieli nosa i zrobili genialny interes.

Początek w drużynie Jürgena Kloppa Kagawa ma znakomity. Strzela gola za golem, w tym dwa w derbach z Schalke. Błyskawicznie staje się ulubieńcem fanów Borussii. Niestety, wkrótce kontuzja w meczu reprezentacji Japonii wyłącza go z gry na pół roku. Mimo to kończy sezon z bilansem 18 meczów, 8 goli i 1 asysta.

W kolejnej kampanii Shinji pokazuje swój niebywały talent. W samej tylko Bundeslidze strzela 13 goli i notuje 12 asyst. Nic więc dziwnego, że zrzeszenie europejskich dziennikarzy sportowych wybiera go do najlepszej jedenastki sezonu 2011/2012. Japończyk znajduje się w gronie takich asów jak Lionel Messi, Manuel Neuer, Cristiano Ronaldo czy Andrea Pirlo.



5 czerwca 2012 roku Kagawa za 16 mln euro przechodzi do Manchesteru United, zostając pierwszym Czerwonym Diabłem rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Przez dwa sezony pojawia się na boisku 57 razy. Strzela 6 goli -
w tym trzy w meczu z Norwich - ma też 10 asyst. Szefowie klubu z Old Trafford oczekiwali jednak od niego więcej, znacznie więcej. Czemu Kagawie nie powiodło się w Anglii?

Technikę ma niewiele gorszą od Hiszpanów błyszczących w Premier League, więc słabsze warunki fizyczne powinien nią zniwelować. Naprawdę trudno dopatrzyć się piłkarskich słabości, które mogłyby być powodem porażki Kagawy w Manchesterze. Chodziło o co innego. W Dortmundzie za czasów Kloppa panowała wręcz rodzinna atmosfera. Trener wspierał piłkarzy na każdy kroku, motywował, dodawał otuchy. W szatni Czerwonych Diabłów było inaczej. Alex Ferguson, który stał za sprowadzeniem Kagawy, stawiał na niego, pokazywał, że w niego wierzy. David Moyes zupełnie inaczej. Taktyka preferowana przez następcę sir Aleksa zabijała wszystkie atuty Japończyka, który nie mógł grać tak, jak lubi. Widać było, że na boisku czuje się źle. Frustracja narastała adekwatnie do spadku formy. Po zakończeniu sezonu 2013/2014 Kagawa spasował i wrócił tam, gdzie czuje się najlepiej - do Dortmundu.

Poprzedni sezon miał średni - 38 meczów, 6 goli, 10 asyst. Widać było jednak, że Shinji odżywa, tak jak zwiędnięta roślina po dostarczeniu jej wody. Zmiana na stanowisku trenera nic nie zmieniła w jego sytuacji. Thomas Tuchel, tak jak Klopp stawia na Kagawę, a ten odwdzięcza się dobrą grą. W tej kampanii strzelił już 5 goli i miał 4 asysty. 67-krotny reprezentant Japonii z pewnością żałuje transferu do Manchesteru United, choć nigdy tego głośno nie powie. Czegoś się tam nauczył, ale dużo też stracił - ucierpiała bowiem cecha w sporcie zawodowym niezwykle ważna - pewność siebie i wysoka samoocena.

Rafael van der Vaart. Mistrz złych decyzji

W 2002 roku zostaje uznany za największy talent Europy. Trzy lata później jako jeden z najlepszych młodych piłkarzy na świecie za 5,5 mln euro przechodzi do Hamburgera SV. W lidze niemieckiej błyszczy - przez trzy sezony strzela 29 goli i notuje 19 asyst. W glorii gwiazdy Bundesligi van der Vaart w sierpniu 2008 roku przechodzi za 13 mln euro do Realu Madryt. Już w debiucie przeciw Numancii strzela gola, a 24 września w meczu ze Sportingiem Gijon zalicza swój pierwszy hat-trick w karierze. Jego dobra forma zostaje wyróżniona nominacją do Złotej Piłki. Mimo to dalszą część sezonu 2008/2009 spędza w większości na ławce. Zaczyna się mówić
o jego konflikcie z trenerem Królewskich, Juande Ramosem.

Gdy Hiszpana zastępuje Manuel Pellegrini, pojawiają się informacje o tym, że Chilijczyk nie widzi dla van der Vaarta miejsca w swojej drużynie. Dochodzi nawet do tego, że Holender traci numer 23 na koszulce na rzecz Estebana Granero. Ostatecznie jednak udaje mu się dojść z władzami Królewskich i szkoleniowcem do porozumienia. Van der Vaart postanawia zostać w Realu. W kampanii 2009/2010 spędza na boisku 1187 minut, strzela 6 goli, ma też 5 asyst i... tuż przed zamknięciem okna transferowego zostaje graczem Tottenhamu. Jego transfer odbywa się z wielkim perturbacjami. Tottenham dostaje jednak zielone światło od angielskiej federacji i może zatwierdzić nowego zawodnika.



Na White Hart Lane idzie mu bardzo dobrze i szybko wyrasta na gwiazdę zespołu. W pierwszym sezonie Premier League w 28 meczach strzela 13 goli i zalicza 9 asyst, w kolejnym jego bilans jest tylko trochę gorszy - 11 goli, 7 decydujących podań w 33 występach. Latem 2012 roku postanawia... wrócić do HSV. Jak przyzna później, to była najgłupsza decyzja w jego karierze. W Anglii zaczyna się jego sportowa degradacja, ale też seria mniej lub bardziej poważnych urazów, które sprawiają, że piłkarz traci swoje atuty. Drugi pobyt w Hamburgu jest o wiele mniej udany, w dużej mierze przez fatalną postawy całej drużyny. W lipcu tego roku na zasadzie wolnego transferu van der Vaart przechodzi do Realu Betis.

Z jednej strony pobyt w Realu pozwolił mu poznać świat wielkiej piłki,
z drugiej wstrzymał znakomicie rozwijającą się karierę w jej kulminacyjnym momencie. Może gdyby HSV wcześniej zamienił na Tottenham albo gdyby w 2012 roku podjął rękawicę i stanął do rywalizacji ze sprowadzonymi na White Hart Lane Clintem Dempseyem, Mousą Dembélé i Gylfim Sigurdssonem, dziś nie byłby wymieniany w gronie piłkarzy, którzy nie zrobili kariery na miarę swojego niezwykłego talentu?

Każdy z wymienionych wyżej piłkarzy ma nieprzeciętny talent, w momencie transferu do wielkiego klubu był gwiazdą i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że odniesie w nim sukces. Chelsea, Real Madryt, FC Barcelona i Manchester United okazały się jednak miejscem ich największych porażek w karierze. O niepowodzeniu nie zadecydowały względy sportowe, ale pech, kontuzje, obniżone morale i spadek pewności siebie. Zwłaszcza ten ostatni element był kluczowy. Jednak gdy czujesz, że ci nie idzie, ludzie wokół cię nie doceniają, a presja rośnie, bo wiesz, że musisz grać lepiej, trudno jest nie stracić wiary w siebie. Tylko najwięksi to potrafią i mają tyle siły, by pokonać siebie. Torres, Hleb, Sahin, Kagawa
i van der Vaart nie dali rady.

4 komentarze:

  1. Fajny artykuł :). Nie zgodzę się tylko z jednym :) kagawa nie był ofiarą złej taktyki czy mentalności trenera :). Moim zdaniem był ofiarą transferu last minute :). Kiedy kupowali kagawe sytuacja była prosta kagawa na ops Rooney na napad i gramy. Wtedy zdarzył się wypadek którego nie przewidywał nawet Saf. RVP sam poprosił o transfer do United i plan pierwszej 11 się sypnoł. Bo to Rvp odszedł na napad a Rooney na ops przez co kagawe prawie zawsze wystawiano na skrzydle i tam się nie sprawdzał później doszedł jeszcze fellaini i mata przez co zrobił się straszny ścisk na ops i ktoś musiał odejść :(. Wydaje mi się ze teraz go brakuje :) nie wiem czy w pierwszej 11 ale był by pewnie pierwszym rezerwowym :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny materiał. Do tej listy obowiązkowo dorzuciłbym Andrija Szewczenkę, który popełnił chyba największą życiową pomyłkę, odchodząc z Milanu do Chelsea. Od czasu przejścia do The Blues Szewa był już tylko cieniem wielkiego napastnika, który zachwycał w Serie A i europejskich pucharach. Sporo takich historii "transferów, które zniszczyły" ma też w swoim dorobku sam Milan, żeby wspomnieć chociaż o Ricardo Oliveirze. Może to nie ten kaliber piłkarza, co opisani wyżej, ale spadek formy zanotował spektakularny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Brakuje tutaj tego pana : Ricardo Izecson dos Santos Leite, znany bardziej jako Kaká

    OdpowiedzUsuń
  4. Do tej listy dołączyć można wielu graczy na czele z Kaką - to jeden z lepszych przykładów. Szewczenko miał być, ale skupiłem się na tych, co jeszcze grają w piłkę. Można też dodać Polaków, np. Bartosza Salamona, który po pobycie w Milanie już od kilku sezonów szuka formy.

    OdpowiedzUsuń