poniedziałek, 20 marca 2017

Operacja "Czarnogóra". Jak spisywali się kadrowicze Nawałki w ostatnich miesiącach?

Jesień była w wykonaniu reprezentacji Polski udana.
Jak Robert Lewandowski i spółka zaczną wiosnę?
źródło: laczynaspilka.pl
Przed Biało-Czerwonymi ważny mecz w Podgoricy z wiceliderem grupy E, Czarnogórą. Ewentualne zwycięstwo umocni ich na pierwszym miejscu w tabeli i przybliży do awansu do mundialu w Rosji. Od ostatniego spotkania reprezentacji, towarzyskiego ze Słowenią 14 listopada we Wrocławiu, minęło ponad cztery miesiące. Jak w tym czasie prezentowali się kadrowicze w swoich klubach? Kto jest w wysokiej formie, a kto wręcz przeciwnie? Kogo powinien posłać w bój trener Nawałka w najbliższą niedzielę? Zapraszam do lektury mojego raportu.

BRAMKARZE

Łukasz Fabiański niezmiennie jest pewnym punktem Łabędzi, które pod wodzą nowego trenera, Paula Clementa, nabrały wigoru i wydostały się ze strefy spadkowej. Od ostatniego zgrupowania kadry były bramkarz Legii wystąpił we wszystkich ligowych spotkaniach swojej drużyny. Jego średnia nota w portalu Whoscored.com wyniosła 6,5. Najsłabszy w jego wykonaniu był mecz na Stamford Bridge, który Swansea przegrała 1:3. Najlepszy - zremisowany ten z Evertonem, zremisowany 1:1. To on powinien stanąć między słupkami podczas starcia z Czarnogórą.

Łukasz Skorupski w Empoli ma bardzo mocną pozycję. Od listopada zagrał we wszystkich siedemnastu meczach Azzurrich w Serie A. Puścił w nich 33 gole, ale bez niego w bramce drużyna ze Stadio Carlo Castellani straciłaby ich znacznie więcej. Dowodzi tego m.in. średnia nota byłego bramkarza Górnika Zabrze w portalu Whoscored.com, która wyniosła w tych meczach 7,08.

Wojciech Szczęsny rywalizuje o miejsce w bramce AS Roma z Allisonem. Polak gra w Serie A, a Brazylijczyk w Lidze Europy i Pucharze Włoch. W ekstraklasie wypożyczony z Arsenalu golkiper wystąpił w siedemnastu meczach (średnia nota w Whoscored.com - 7,05), w których dał się zaskoczyć piętnaście razy. Do jego postawy trudno mieć zarzuty. Broni to, co ma bronić, czasem błyśnie genialną interwencją, jest pewnym punktem Romy. Z reguły ma znacznie mniej pracy niż jego konkurenci do miejsca w reprezentacyjnej bramce, gra bowiem w dużo silniejszej drużynie, a wykonanie dwóch, trzech udanych interwencji przez 90 minut jest czasem trudniejsze niż bronienie strzału za strzałem. Szczęsny w Rzymie wydoroślał. Podczas meczów jest bardziej skoncentrowany, spokojniejszy i pewniejszy siebie. By wskoczyć do reprezentacyjnej bramki, musi jednak liczyć na zniżkę formy Fabiańskiego.

OBROŃCY

Bartosz Bereszyński po transferze z Legii do Sampdorii Genua potrzebował trochę czasu, by zaaklimatyzować się w nowym zespole. Jego debiut, 19 stycznia w meczu Pucharu Włoch, nie był udany. Sampdoria przegrała z Romą 0:4, a Polak zawiniły przy trzecim golu. Potem było już lepiej. Od 29 stycznia do 26 lutego Bereszyński zagrał w pięciu ligowych meczach z rzędu, w których spisał się dobrze, o czym świadczy średnia nota 7,07 w portalu Whoscored.com. Ostatnie dwa spotkania w Serie A, z Genoą i Juventusem, oglądał jednak z ławki rezerwowych.

Thiago Cionek, stoper Palermo, jest we Włoszech ceniony bardziej niż w Polsce. W tym sezonie Serie A rozegrał już 20 meczów (od listopada do teraz - dwanaście), zdecydowaną większość od pierwszej do ostatniej minuty. Co więcej, prezentował się w nich naprawdę dobrze, ani razu nie uzyskując za swój występ noty niższej niż 6, co w tak wymagającej lidze jak włoska jest sporym osiągnięciem.

Igor Lewczuk, mimo że w Girondins Bordeaux gra dopiero kilka miesięcy, zdążył sobie wywalczyć silną pozycję w drużynie. Gdy tylko jest zdrowy, ma pewne miejsce w pierwszej jedenastce. Niestety, nie zawsze jest. Były stoper Legii cały luty pauzował z powodu problemów z biodrem, do gry wrócił dopiero 11 marca w meczu z Monaco. Grał też pełne 90 minut w miniony weekend, a jego drużyna pokonała Montpellier aż 5:1. W tym sezonie Ligue 1 Lewczuk już dwukrotnie był wybierany do jedenastki kolejki przez dziennik "L'Equipe".

Łukasz Piszczek w ostatnich miesiącach błyszczy w Borussii Dortmund. Od listopada rozegrał w sumie 17 spotkań w Bundeslidze, Champions League i Pucharze Niemiec. Strzelił w nich 3 gole i zanotował taką samą liczbę asyst. Został nawet wybrany najlepszym graczem 21. kolejki niemieckiej ekstraklasy. Taki zaszczyt spotyka z reguły skrzydłowych, ofensywnych pomocników lub snajperów. Jeśli więc przypada w udziale prawemu obrońcy, świadczy to o jego piłkarskim geniuszu. Piszczkowi niestety zdarzają się drobne urazy, które wybijają go z meczowego rytmu, ale i tak ostatnio na zdrowie narzekać nie może. To jeden z filarów reprezentacji, bez którego trudno sobie wyobrazić drużynę Adama Nawałki.

Kamil Glik jest ostoją defensywy AS Monaco i jednym z najlepszych stoperów Ligue 1, wybranym do jedenastki rundy jesiennej tych rozgrywek przez francuski oddział Eurosportu. Od listopadowego zgrupowania kadry wychowanek MOSiR-u Jastrzębie-Zdrój opuścił zaledwie trzy mecze Monaco - dwa z powodu problemów mięśniowych i jeden, rewanż 1/8 finału Ligi Mistrzów z Manchesterem City, wskutek zawieszenia za nadmiar żółtych kartek. Były kapitan Torino jest skuteczny nie tylko w destrukcji, ale także w ofensywie. We wspomnianym okresie wpisywał się na listę strzelców dwukrotnie, miał też asystę. Kamyczkiem do ogródka polskiego stopera jest jedynie występ na Etihad Stadium przeciwko Obywatelom. Szybcy i znakomicie wyszkoleni gracze Josepa Guardioli nieco go przytłoczyli, wykorzystując jego słabe strony. Na szczęście Czarnogóra nie ma w składzie piłkarzy pokroju Sergia Aguero i spółki.

Michał Pazdan jest dla Legii Warszawa jak Glik dla Monaco. Gdy jest zdrowy, gra zawsze. Od listopada w LOTTO Ekstraklasie wystąpił w jedenastu meczach, z których mistrzowie Polski przegrali tylko jeden - z Ruchem Chorzów 1:3. Zaliczył też po dwa mecze z Champions League, w tym ten z Borussią w Dortmundzie przegrany aż 4:8, i Lidze Europy z Ajaksem. Zdarzały mu się niepewne interwencje, ale było ich niewiele. Pazdan nie jest może w tak wysokiej formie jak podczas Euro 2016, ale z pewnością wyjdzie w pierwszym składzie w Podgoricy.

Artur Jędrzejczyk zimą zamienił FK Krasnodar na Legię. W LOTTO Ekstraklasie zdążył zagrać sześć meczów - pięć jako prawy obrońca i jeden w roli stopera. Zanotował w nich asystę i obejrzał dwie żółte kartki. Do jego postawy na boisku można mieć sporo zarzutów - zbyt często podaje niecelnie, wyprowadzając piłkę. Za rzadko włącza się w akcje ofensywne zespołu. Do tego popełnia proste błędy techniczne i bywa w trakcie meczu rozkojarzony. Przed Adamem Nawałką trudna decyzja, kogo ustawić na lewej obronie w meczu z Czarnogórą - Jędrzejczyka, który gra przeciętnie i do tego na przeciwległej stronie boiska, czy grzejącego ławę w Lyonie Macieja Rybusa. Wybór tylko pozornie jest prosty.

Maciej Sadlok zaczął grać lepiej razem ze wzrostem formy całej Wisły Kraków. Adam Nawałka ma problem obsadzeniem lewej strony obrony, a graczy z polskim paszportem, którzy mogliby z powodzeniem wystąpić na tej pozycji na arenie międzynarodowej, jest niewielu. Stąd powołanie dla Sadloka. To środkowy obrońca ustawiany na boku defensywy, któremu bliżej do Jędrzejczyka niż Rybusa. W destrukcji jest całkiem niezły, ale w ofensywie jego braki techniczne i szybkościowe zbyt często dają o sobie znać, potrafi za to potężnie uderzyć z dystansu. Od ostatniego zgrupowania reprezentacji tylko dwukrotnie nie pojawił się na murawie w meczu Wisły - w Pucharze Polski z Lechem (2:4) i w lidze z Pogonią w Szczecinie (2:6). Bez niego zespół z Krakowa w zaledwie dwóch spotkaniach stracił więcej goli niż w dziesięciu pozostałych, w których Sadlok grał.

POMOCNICY

Jakub Błaszczykowski dopiero pod koniec lutego wrócił do pierwszej jedenastki Wolfsburga, z której na dobre wypadł po przegranym przez jego drużynę meczu z Bayernem 0:5 w 10 grudnia. Od starcia z Werderem zagrał po 90 minut w każdym z czterech ligowych starć Wilków, a portal Whoscored.com oceniał go odpowiednio na 6,61 (z Werderem), 6,89 (z Mainz), 7,18 (z RB Lipski) i 7,16 (z Darmstadt) w ostatni weekend. Krótko mówiąc, Polak prezentował się w nich lepiej niż dobrze. W ubiegłym tygodniu w mediach pojawiła się informacja, że Kuba może z Czarnogórą nie zagrać z powodu urazu pleców. Na szczęście uraz nie okazał się poważny i Błaszczykowski powinien być do dyspozycji selekcjonera w najbliższą niedzielę.

Karol Linetty pewnego miejsca w pierwszym składzie Sampdorii nie ma, ale gra regularnie. Od listopada wystąpił w 17 meczach - 16 ligowych i jednym w Coppa Italia. 10 razy wychodził w podstawowej jedenastce, ale tylko pięciokrotnie dotrwał do ostatniej minuty meczu. Były Lechita we Włoszech jest ceniony, swoją grą co prawda na kolana nikogo nie rzucił, ale zaliczył kilka bardzo dobrych meczów, m.in. 4 grudnia z Torino (2:0), 5 lutego z Milanem (1:0) czy 11 marca w derbach z Genoą (1:0). W każdym z nich dostał od portalu Whoscored.com notę powyżej 7. To właśnie na niego, a nie Grzegorza Krychowiaka powinien postawić Adam Nawałka w niedzielę.

Maciej Rybus od trzech miesięcy grzeje ławę w Lyonie. W tym roku przebywał na murawie w meczach o punkty zaledwie przez 22 minuty. Polak padł ofiarą zmiany systemu taktycznego drużyny. Bruno Genesio zimą porzucił ustawienie 1-3-5-2 na rzecz 1-4-2-3-1. Od tego czasu były zawodnik Tereka Grozny przegrywa rywalizację z Jeremym Morelem, który wcale nie gra znakomicie, ale w defensywie błędów nie popełnia, a to, jak widać, jest dla trenera Olimpijczyków priorytetem. Rybus dużych szans na występ w Podgoricy nie ma, lecz jako zmiennik może być przydatny.

Paweł Wszołek w Anglii radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Od listopada do 20 marca wystąpił w osiemnastu z dwudziestu czterech meczów Queens Park Rangers, w jedenastu z nich od pierwszej do ostatniej minuty. Strzelił dwa gole, a przy trzech asystował. Ian Holloway stawia na niego regularnie. W ostatniej kolejce jednak dał mu odpocząć, a QPR wygrało z Rotherhamem aż 5:1.

Kamil Grosicki w styczniu przeniósł się do Anglii i od razu wskoczył do pierwszej jedenastki Hull City. Z nim w składzie Tygrysy pokonały Liverpool i Swansea, zremisowały z Burnley, a także przegrały z Leicester, Arsenalem i Evertonem. W tym ostatnim meczu Grosik jednak nie grał od początku, wszedł dopiero na ostatnie pół godziny. Na razie jego bilans w Premier League to 437 minut gry, 8 wykreowanych okazji bramkowych i tyle samo wygranych pojedynków, do tego 13 strzałów i asysta przy golu Samuela Clucasa w przegranym 1:3 meczu z Lisami. Całkiem nieźle, choć polskiego skrzydłowego stać na znacznie więcej. Obecnie najbardziej znany fan zespołu Akcent w Polsce jest w dobrej formie, o czym powinni przekonać się w niedzielę reprezentanci Czarnogóry.

Sytuacja Grzegorza Krychowiaka w PSG nie jest dobra. Od listopada były as Sevilli FC rozegrał zaledwie 342 minuty w lidze, 73 w Pucharze Francji i 68 w Lidze Mistrzów. Polak zdecydowanie przegrywa rywalizację z Adrienem Rabiotem, Blaise'em Matuidim, Thiago Mottą i Marco Verrattim. Dla kogoś, kto jeszcze niedawno był uznawany za jednego z najlepszych defensywnych pomocników Europy, to spory problem. Ostatnio w mediach pojawiła się informacja o jego kłótni z Presnelem Kimpembe. Jeśli jest prawdziwa, może świadczyć o tym, że Krychowiak coraz gorzej radzi sobie z tym, że nie gra. Co więcej, piłkarz ma zakaz wypowiadania się w mediach na tematy związane z PSG. Ciekawe, jak w tej sytuacji potraktuje go Adam Nawałka. Czy mu zaufa i desygnuje do gry od pierwszej minuty w meczu z Czarnogórą w uznaniu za jego zasługi dla kadry i ważną rolę, którą odgrywał w niej do tej pory, czy też posadzi na ławce i da szansę np. Karolowi Linettemu. Lepsza wydaje mi się ta druga opcja. Selekcjoner, dokonując takiego wyboru, dałby kadrowiczom jasny sygnał, że pierwsza jedenastka reprezentacji to miejsce dla graczy, którzy są w danym momencie w najwyższej formie, bez względu na to, jak się nazywają i jaki poziom prezentowali wcześniej.

Piotr Zieliński ma coraz mocniejszą pozycję w Napoli. Od zakończenia ostatniego zgrupowania kadry na 25 meczów Azzurrich wystąpił w 23, 12 z nich rozpoczynając w pierwszej jedenastce. Strzelił 5 goli i zanotował taką samą liczbę asyst. Były zawodnik Empoli najlepiej spisał się w meczu z Interem, 2 grudnia, kiedy to zdobył bramkę i asystował przy trafieniu Marka Hamsika. Portal Whoscored.com uznał go graczem tych zawodów i dał bardzo wysoką notę 8,87. Zieliński ma dopiero 22 lata, a trener Maurizio Sarri dobrze wie, jak takich graczy prowadzić. Może dlatego w ostatnich czterech meczach sadzał go na ławce rezerwowych, wpuszczając jedynie na ostatnie minuty. To mogła być taka lekcja pokory i ostrzeżenie, że piłkarską gwiazdą jeszcze nie jest, mimo tego, co piszą media, zwłaszcza w Polsce. Adam Nawałka raczej w podobny sposób w niedzielę nie postąpi. Miejsce Zielińskiego w reprezentacji jest bowiem w pierwszym składzie.

Jacek Góralski w reprezentacji zadebiutował 14 listopada 2016 roku w meczu towarzyskim ze Słowenią. Starał się, ale widać było, że do international level sporo mu jeszcze brakuje. Teraz też dostał powołanie od Nawałki. Selekcjoner szuka bowiem kogoś, kto mógłby zastąpić Krychowiaka. Góralski faktycznie mógłby, ale tylko teoretycznie. Na dziś to typowy ligowiec, który co prawda zasługuje na miejsce w kadrze, lecz bardziej jako wsparcie, zastępstwo, niż jako piłkarz z realnymi szansami na grę. Dla Jagiellonii Białystok jest ważny. Nie zagrał tylko w jednym z jej jedenastu ostatnich meczów, w dziewięciu spędzając na boisku 90 minut. Strzelił gola, miał dwie asysty i został ukarany trzema żółtymi kartkami. Nawałka lubi takich graczy jak on, charakternych nerwusów, walczących do upadłego za drużynę.

Sławomir Peszko od poprzedniego spotkania z kolegami z kadry zagrał w dziewięciu z jedenastu meczów Lechii Gdańsk. Zdobył w nich jedną bramkę i przy jednej asystował. Zobaczył za to aż cztery żółte kartki i czerwoną za uderzenie łokciem Tomasza Kędziory w spotkaniu z Lechem w Poznaniu. Za ten występek został zawieszony przez Komisję Ligi na trzy mecze i właśnie dlatego zabrakło go w dwóch ostatnich spotkaniach gdańszczan z Ruchem i Legią - oba podopieczni Piotra Nowaka przegrali 1:2. Tak chamskie zachowanie kadrowiczowi nie przystoi, ale każdemu czasem puszczają nerwy. Problem w tym, że Peszcze zdarzyło się to nie po raz pierwszy. Nie wiem, po co Nawałka powołuje tego piłkarza do reprezentacji. Słyszałem, że ponoć kreuje on dobrą atmosferę w szatni, ale i bez niego Lewandowski i spółka raczej by się nie pozabijali. Piłkarsko bowiem w ostatnich miesiącach ekslechita prezentuje się bardzo przeciętnie.

Krzysztof Mączyński to ulubieniec Nawałki i w kadrze będzie chyba nawet wtedy, gdy... zakończy karierę. Selekcjoner widzi w nim bowiem piłkarza lepszego niż faktycznie jest. Leo Beenhakker kiedyś miał podobnie z Tomaszem Zahorskim. Mączyński co prawda regularnie gra po 90 minut w Wiśle Kraków - od ostatniego zgrupowania kadry zagrał w takim wymiarze czasowym we wszystkich meczach Białej Gwiazdy, notując cztery asysty - ale niczym szczególnym się w nich nie wyróżnia. Robi po prostu, co do niego należy. Trzeba jednak przyznać, że na Euro Wiślak nie zawiódł, a w otoczeniu lepszych piłkarsko kolegów i on wydaje się być lepszy. Prawdopodobnie wybiegnie w pierwszym składzie w Podgoricy.

Damian Dąbrowski nie zagrał jedynie w dwóch z jedenastu ostatnich meczów Cracovii (z powodu urazu), jeden rozpoczął jako rezerwowy, w jednym też został zmieniony w przerwie. W pozostałych grał 90 minut. Jest wyróżniającym się graczem Cracovii, ale o to w regularnie zawodzącej kibiców drużynie, zajmującej obecnie przedostatnie miejsce w LOTTO Ekstraklasie, wcale nie jest trudno. 

NAPASTNICY

Łukasz Teodorczyk od 14 listopada rozegrał w barwach Anderlechtu 21 meczów, w 19 z nich wybiegał w pierwszym składzie. W sumie zdobył 13 goli. Latem 2016 roku przychodził do Anderlechtu jako napastnik przegrany, który nie przebił się w Dynamie Kijów. Dziś piszą o nim piłkarskie gazety nie tylko w Polsce, jest wyceniany na około 10 mln euro i uchodzi za jednego z ciekawszych napastników na Starym Kontynencie. W kadrze jednak wciąż nie udowodnił swojej przydatności, pozostając w cieniu Roberta Lewandowskiego i Arkadiusza Milika. Jeśli Nawałka zdecyduje się zagrać w Podgoricy dwoma napastnikami, bombardier Fiołków powinien partnerować asowi Bayernowi w ataku.

Kamil Wilczek przyjechał na zgrupowanie kadry w świetnym nastroju. Nie mogło być jednak inaczej, w weekend były gracz Piasta Gliwice w zaledwie 20 minut strzelił bowiem hat-tricka, a jego Broendby pokonało Lyngby FC 3:2. Polak w ten sposób przerwał passę bez zdobytego gola, która trwała już od siedmiu meczów. W poprzednich dziewięciu meczach drużyny z Kopenhagi 29-letni snajper zdobył zaledwie gola, mimo że w każdym z nich grał od pierwszej minuty.

Arkadiusz Milik od momentu powrotu do treningów po kontuzji kolana spędził na boisku w meczach o punkty łącznie 156 minut. Napastnik drużyny z Neapolu powoli wraca do dyspozycji z pierwszej części sezonu 2016/2017, ale potrzebuje czasu, by dojść do wysokiej formy. Pomocny byłby w tej "terapii" gol. W reprezentacji ostatnio strzelał sporo, może więc w Podgoricy też mu się uda. W pierwszej jedenastce raczej jednak nie wystąpi, ale bardzo prawdopodobne, że trener wpuści go na boisko na ostatni kwadrans, zwłaszcza jeśli wynik będzie korzystny dla Biało-Czerwonych.

Robert Lewandowski regularnie zachwyca swoją grą rywali, kibiców i ekspertów. Od momentu opuszczenia ostatniego zgrupowania kadry snajper Bayernu zdobył 19 goli w 21 meczach! W tym sezonie był już czterokrotnie wybierany piłkarzem kolejki w Bundeslidze i jest spora szansa, że to nie koniec. Lewy trafia do bramki regularnie, ale wciąż wygląda na kogoś, kto uważa, że powinien trafiać jeszcze częściej. Jeśli w Podgoricy zaprezentuje taką formę jak ostatnio w Bayernie, Czarnogórę może pokonać w pojedynkę.

niedziela, 12 marca 2017

Futbol dwóch prędkości

Bogate kluby dążą do utworzenia superligi, która zwiększy
ich przychody. Wkrótce dopną swego. Wówczas futbol czeka
prawdziwa rewolucja.
źródło: thefootyblog.net
Bogaci są coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi. Rozwarstwienie społeczne rośnie na całym świecie. Unia Europejska w obecnym kształcie wkrótce przejdzie do historii. Zamożne państwa coraz głośniej mówią o stworzeniu superunii, mają bowiem dość subsydiowania biedniejszych krajów i wyciągania ich z budżetowych problemów. Trend ten jest widoczny także w futbolu. Potęgi europejskiej piłki chcą zarabiać jeszcze więcej pieniędzy, stąd nowa formuła Ligi Mistrzów (od sezonu 2018/2019), która jest tylko wstępem do utworzenia elitarnej superligi. Prezydent Francji Francois Hollande w kuluarach niedawnego szczytu UE na Malcie miał utemperować premier Beatę Szydło, która zapowiedziała, że nie podpisze dokumentu z konkluzjami spotkania, mówiąc: "Wy macie zasady, my fundusze". Podobnie myślą szefowie największych klubów Starego Kontynentu i równie arogancko jak francuski polityk szefową polskiego rządu traktują mniej zamożnych partnerów.

Precz z egalitaryzmem

Jeszcze nie tak dawno futbol był sportem, w którym na każdym poziomie rozgrywek obowiązywały takie same zasady. Bez względu na to, czy na boisku spotykały się Huragan Wołomin z Piastem Piastów, czy FC Barcelona z Manchesterem United mecz sędziowało trzech sędziów, którzy nie mieli ze sobą radiowej łączności. Technologia goal-line była nieznana, a o wprowadzeniu możliwości korzystania przez arbitrów z powtórek wideo podczas gry nie było mowy. Sędziowie się mylili, często wypaczali wyniki meczów, kontrowersji i związanych z nimi emocji było co niemiara. Każdy uczestnik piłkarskiego wydarzenia, gdy ochłonął, zgadzał się jednak z tym, że tak to w futbolu po prostu jest - błędy są jego nieodłączną częścią.

Żądza zysku matką zmian

Futbolowy biznes tymczasem rósł coraz szybciej. Z murawy można było zgarnąć naprawdę duże pieniądze. Trzeba jednak było zrobić coś z sędziowskimi pomyłkami, dzięki którym kasa często trafiała nie tam, gdzie powinna. Bogaci zaczęli kombinować, co zrobić, by wpadki arbitrów ograniczyć, a z czasem całkowicie wyeliminować. Na początek sędziowie dostali narzędzia do bezprzewodowej komunikacji podczas meczu. Potem wsparcie w postaci dwóch dodatkowych "fachowców", co okazało się totalną porażką, bo delikwenci stojący tuż za linią końcową boiska i wyposażeni w coś na wzór chorągiewki, ale bez flagi, zamiast pomóc w poprawnej ocenie boiskowych sytuacji, jeszcze ją utrudnili. Liczba błędów sędziowskich wcale się nie zmniejszyła. Najważniejsi ludzie europejskiego futbolu uznali więc, że czas sięgnąć po technologię komputerową. Goal-line działa już m.in. w Premier League, Ligue 1 czy Bundeslidze. Korzystano z niej także podczas Euro 2016 i Mistrzostw Świata w Brazylii. Sprawdziła się, bo nie mogło być inaczej. Ma mnóstwo plusów i tylko jedną wadę, ale za to bardzo poważną - dużo kosztuje. Na zainstalowanie potrzebnej aparatury na stadionie trzeba wydać od 250 do 500 tys. dolarów, do tego dochodzą jeszcze wydatki rzędu 4 tys. na każdy mecz. Na futbol high tech stać więc tylko najbogatszych.

Futbol hi-tech

Lada chwila sędziowie prowadzący mecze w najbardziej prestiżowych rozgrywkach będą mogli korzystać z powtórek wideo, co powinno ograniczyć popełniane przez nich błędy do minimum. Sytuacje takie jak choćby drugi rzut karny dla Barcelony w rewanżowym spotkaniu 1/8 finału Ligi Mistrzów z PSG nie powinny się w "nowym futbolu" zdarzać. Piłka nożna na najwyższym poziomie stanie się więc sprawiedliwsza, trudno z tym polemizować, ale czy przez to nie straci "ludzkiego ducha"? Kolejnym krokiem może być np. wyposażenie piłkarzy w nowoczesne technologie wspierające strzały, podania czy bramkarskie interwencje.

Dwa światy

W sezonie 2014/2015 przychody europejskiego rynku piłkarskiego wyniosły 22 mld euro. To prawie o 2 mld więcej niż rok wcześniej. Rosną wpływy z praw telewizyjnych (o 8% r/r), umów sponsorskich (5%) i sprzedaży biletów (8%), ale także wydatki na płace piłkarzy i trenerów (ok. 10% w pięciu najsilniejszych ligach). Dobrze zarządzane rozgrywki przynoszą coraz większe zyski - to normalne. Najlepsi chcą jednak zarabiać więcej i szybciej. Przy okazji twierdzą, że hamulcowymi ich rozwoju są kluby z "gorszego" piłkarskiego świata. Bogaci nie wiedzą, co to empatia, nie zamierzają też dzielić się biedniejszymi wypracowanymi zyskami, kombinują więc, jakby tu w miarę elegancko wyprosić ich z podwórka.

Liga dla bogatych

"Marca" niedawno przedstawiła na swoich łamach jedną z możliwych koncepcji Superligi, czyli elitarnych rozgrywek dla najbogatszych klubów. Od 2021 roku 16 drużyn z pięciu krajów: Anglii, Niemiec, Włoch, Francji i Hiszpanii, grałoby ze sobą mecz i rewanż - łącznie w sezonie odbywałoby się 30 spotkań. Zespoły, które uczestniczyłyby w tej superlidze, najprawdopodobniej zrezygnowałyby z udziału w ligach krajowych i europejskich pucharach. Na takim rozwiązaniu straciłyby zarówno UEFA i najsilniejsze ligi, jak i słabsze federacje. Właśnie bunt biedniejszych na razie wstrzymuje start superligi. Nie ma się jednak co łudzić, ona prędzej czy później ruszy. - Futbol musi się dopasować do wyzwań niosących przez erę globalizacji. Czasy spoglądania na tradycję i historię już dawno minęły - powiedział Karl-Heinz Rummenigge, prezes rady nadzorczej Bayernu. Szefowie Barcelony, Realu, Juventusu czy Manchesteru City z pewnością się z nim zgadzają.

Futbol dwóch prędkości jest więc kwestią czasu. Bogaci będą grali we własnych superrozgrywkach, znakomicie opakowanych marketingowo i wspieranych przez nowoczesne technologie. Staną się jeszcze zamożniejsi, a los biedniejszych klubów zupełnie przestanie ich obchodzić. Zespoły "gorszego sortu", stworzone głównie z zawodników z danego regionu, często wychowanków, będą rywalizować ze sobą w gorszych rozgrywkach o słabsze pieniądze. Zainteresowanie mediów nimi znacznie spadnie, bo oferowany przez nie produkt nie będzie wystarczająco atrakcyjny. Kluby pozbawione funduszy od stacji telewizyjnych i sponsorów, które skoncentrują się na rywalizacji o kontrakty z najlepszymi, mogą wpaść w poważne problemy finansowe. Niektóre upadną, innym z trudem uda się związać koniec z końcem. Taki futbol będzie może i nudniejszy, mniej efektowny, ale prawdziwszy, bliższy codziennej rzeczywistości większości kibiców - po prostu bardziej ludzki.

niedziela, 5 marca 2017

Luis Enrique się wypalił. Casting na trenera Barcelony czas zacząć

Praca trenera Barcelony daje satysfakcję, ale jest niezwykle
wyczerpująca. Luis Enrique ma już jej dość i po sezonie
opuści klub z Camp Nou. Kim będzie jego następca?
źródło: wikipedia.org, autor: football.ua
Nie przedłużę kontraktu z Barceloną, potrzebuję odpoczynku - te słowa Luisa Enrique po meczu ze Sportingiem Gijon zelektryzowały cały piłkarski świat i wywołały lawinę spekulacji dotyczących jego następcy. Lista potencjalnych trenerów Barcy powiększa się z każdym dniem. Dziennikarze piłkarscy są zadowoleni, bo mają dobry temat na kolejne tygodnie, kibice Barcy trochę mniej, gdyż zmiana trenera to zawsze wielka niewiadoma i spore ryzyko. Zwłaszcza że z klubu odchodzi fachowiec, który wygrał z Blaugraną Ligę Mistrzów i siedem innych trofeów w trzy lata. Kto zatem byłby najlepszym następcą Enrique?

Scenariusz argentyński

W mediach za faworyta w wyścigu o fotel szkoleniowca Barcy uchodzi Jorge Sampaoli. 56-letni Argentyńczyk od końca czerwca 2016 roku trenuje Sevillę, a wcześniej z sukcesami prowadził reprezentację Chile. Teoretycznie ma wszystkie cechy, by godnie zastąpić Luisa Enrique. Preferuje futbol radosny, energetyczny, oparty na dużej liczbie podań i wysokim pressingu, czyli taki, jaki cenią włodarze klubu z Camp Nou. Do tego jest charyzmatyczny, surowy, dobrze wie, czego chce i jak to osiągnąć. Ta zaleta w barcelońskich realiach może być jednak wadą. Trener Blaugrany musi bowiem wpisywać się w filozofię klubu, to jemu będą dyktować warunki, a nie odwrotnie. Czy człowiek taki jak Sampoli pozwoli sobą sterować? Nie wiadomo też, jak na jego twarde rządy zareagowałyby gwiazdy drużyny z Lionelem Messim na czele. Coraz głośniej mówi się bowiem, że porażka 0:4 z PSG w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów była komunikatem piłkarzy do trenera Enrique, który można streścić w kilku prostych słowach - my już z tobą pracować nie chcemy. To pewnie tylko plotka, ale ponoć w każdej znajduje się ziarenko prawdy...

Wracając do Sampaolego, jego kontrakt z Sevillą kończy się w 2018 roku, ale za odpowiednią opłatą szefowie Sevilli raczej zgodzą się go skrócić o połowę. Wiedzą bowiem, że z niewolnika nie ma pracownika, a poza tym - Barcelonie się przecież nie odmawia. Na razie argentyński trener nie chce rozmawiać na temat ewentualnej pracy w stolicy Katalonii. - Ja w Barcelonie? Na to pytanie nie ma odpowiedzi, gdyż taka sprawa nie istnieje - powiedział dziennikarzowi "Marki" po wygranym 1:0 przez Sevillę meczu z Athletikiem Bilbao. Może i dziś nie istnieje, ale wkrótce z pewnością się to zmieni.

Kandydat idealny

Jakiego trenera szuka Barca? Najlepiej, żeby był jej ekszawodnikiem i dobrze znał klub. Do tego piłkarskim dyplomatą, który będzie w stanie obronić ofensywny styl w świecie, gdzie zaczyna dominować futbol efektywny, wyrachowany spod znaku Antonia Conte. Musi to być też człowiek odważny, będący w stanie rozpocząć misję odmładzania pierwszej jedenastki. Ernesto Valverde, obecny opiekun Athletiku Bilbao, spełnia wszystkie powyższe wymogi.

Jako piłkarz spędził w Barcelonie dwa sezony (1988-1990), będąc częścią drużyny Johanna Cruyffa, która wygrała Puchar Zdobywców Pucharów i Copa del Rey. Świetnie zna więc piłkarskie DNA Blaugrany. Ma też bogate trenerskie doświadczenie w różnych realiach - pracował m.in. w Villarreal, Valencii i Olympiakosie. Zwłaszcza w tym ostatnim klubie uchodzi za boga. Zdobył z nim bowiem trzy tytuły mistrza Grecji. Drużyna pod jego wodzą w każdym meczu dążyła do zdominowania rywala, grała futbol oparty na ataku pozycyjnym, dokładnie taki, jakiego oczekuje się na Camp Nou.

Athletic Bilbao pod wodzą Valverde ograł Barcelonę Luisa Enrique aż 4:0 w Superpucharze Hiszpanii 2015. To właśnie tamten mecz podniósł notowania hiszpańskiego trenera u władz klubu z Katalonii. Od tamtego czasu każdy tekst na temat spekulacji dotyczących nowego trenera Barcy zawiera jego nazwisko. Valverde w odróżnieniu od Sampaolego daje swoim piłkarzom sporo swobody na boisku, nie ogranicza ich za ciasnym taktycznym gorsetem, pozwalając na pokazanie pełni swoich umiejętności. Co więcej, jest trenerem, którego drużyny są skuteczne nie tylko w ataku, ale również w defensywie. Olympiakos i Athletic pod jego wodzą z zespołów tracących wiele bramek stały się ekipami, którym strzelenie gola jest dużą sztuką. Barcelona od lat ma problem z grą defensywną, a Valverde wydaje się człowiekiem, który wie, jak go rozwiązać.

Scenariusz holenderski

Według brytyjskich bukmacherów numerem jeden na liście potencjalnych następców Luisa Enrique w Barcelonie jest... Ronald Koeman. Za każdego postawionego na niego funta można zarobić tylko cztery. Nieco gorsze notowania mają Jürgen Klopp (11/2), Mauricio Pochettino (6/1) i... Josep Guardiola (7/1). Dlaczego Koeman? Po pierwsze to barcelonista - w latach 1989-1995 rozegrał w barwach Blaugrany prawie 200 meczów, w których strzelił 67 goli. Jeśli szefowie klubu będą chcieli kontynuować strategię polegającą na zatrudnianiu trenerów "uczuciowo" związanych z klubem, Holender faktycznie ma spore szanse.

W Anglii Koeman odwala kawał dobrej roboty. Najpierw osiągnął wyniki "ponad stan" z przeciętnym Southamptonem - 7. miejsce w sezonie 2014/2015 i 6. w 2015/2016, a teraz pracuje na chwałę Evertonu. W Hiszpanii jednak pamiętają go głównie jako szkoleniowca Valencii, który co prawda doprowadził ten klub do triumfu w Pucharze Króla, ale kilka dni po tym sukcesie został zwolniony, w lidze bowiem Nietoperze regularnie zawodziły. Problemem jest też styl futbolu preferowany przez Holendra, który może się okazać za mało efektowny jak na barcelońskie realia. Wydaje mi się więc, że bukmacherzy na Wyspach się mylą, stawiając na Koemana. On po prostu do Barcelony nie pasuje!

Scenariusz francuski

Laurent Blanc z PSG zdobył w sumie 11 trofeów, ale nie Puchar Mistrzów i właśnie dlatego stracił pracę w Paryżu. Obecnie jest bezrobotny, ale z pewnością najpóźniej latem znajdzie nową posadę. To bowiem bardzo dobry trener, choć trochę niedoceniany, który na dodatek był piłkarzem Barcelony. Na jego korzyść przemawia też doświadczenie w europejskim futbolu oraz fakt, że był w stanie okiełznać wybujałe ego paryskich gwiazd i stworzyć z nich drużynę, grającą futbol skuteczny, kombinacyjny, oparty na dużej liczbie podań i we Francji nie miała sobie równych. W europejskich pucharach natomiast zabrakło jej zwykłego szczęścia. I właśnie ten towarzyszący Blancowi brak farta może być główną przeszkodą na drodze do objęcia przez niego posady trenera Barcy. Szkoleniowcowi takiego klubu fortuna musi bowiem sprzyjać.

Czarny koń

Eusebio Sacristán, trener rewelacyjnego w tym sezonie La Ligi Realu Sociedad, również jest w gronie kandydatów do przejęcia schedy po Enrique. Co więcej, według nieoficjalnych źródeł ma całkiem duże szanse na tę posadę. Barcelona jest dla niego ważna - w latach 1988-1995 grał w drużynie Johanna Cruyffa. Pracował również na Camp Nou jako szkoleniowiec - najpierw był asystentem pierwszego trenera w latach 2003-2008, a następnie opiekunem Barcy B (2011-2015). Zna więc "barceloński system" od podszewki. Wie, czego w tym klubie oczekuje się od trenera i z pewnością zna sposób, by tym wymaganiom podołać.

Sacristán nie jest trenerskim gwiazdorem, na pewno więc nie będzie ważniejszy od piłkarzy, a to paradoksalnie zaleta w tym klubie. Powinien skutecznie administrować drużyną, zachowując jej unikalny styl. Jeśli szefowie Barcy zdecydują się dalej iść drogą wyznaczoną przez Josepa Guardiolę, a kontynuowaną przez Luisa Enrique, 52-letni szkoleniowiec z La Seki wydaje się idealnym wyborem. On tymczasem kreuje się na człowieka zupełnie niezainteresowanego pracą w Barcelonie. Niedawno przedłużył kontrakt z baskijskim klubem do 2019 roku i jak zapewnia, zamierza go wypełnić. Dziś nie wypada mu jednak mówić nic innego, jest przecież pracownikiem Realu Sociedad. Gdy jednak szefowie Blaugrany złożą mu konkretną ofertę, z pewnością nie odmówi.

Guardiola, Enrique... Xavi, Puyol?

Nowym szkoleniowcem Barcy może zostać trenerski żółtodziób. Stawiając przed laty na Guardiolę, szefowie klubu podjęli duże ryzyko, które się jednak opłaciło. Luis Enrique też wielkiego doświadczenia w zawodzie nie miał, a również dał radę. Czy teraz włodarze pójdą o krok dalej i powierzą stery drużyny komuś, kto nigdy wcześniej trenerem nie był? Wbrew pozorom to nie jest scenariusz filmu science fiction.

Xavi jakiś czas temu w wywiadzie dla "Four Four Two" powiedział, że jego celem jest powrót do Barcelony w roli trenera. Mimo, że wciąż gra zawodowo w piłkę w katarskim Al Sadd, to niewykluczone, że po tym sezonie zakończy zawodniczą karierę i rozpocznie tę trenerską. Jeśli tak nie zrobi, to następny w kolejce jest Carles Puyol, wieloletni kapitan Barcelony, którego już w 2014 roku kibice tego klubu widzieli na stanowisku trenera. 38-latek swego czasu odrzucił propozycję zostania asystentem Roberta Manciniego w Interze Mediolan. Wydaje się więc, że trenerką nie jest mocno zainteresowany - obecnie prowadzi razem z Ivanem de la Peną agencję menedżerską. Jednak gdyby Barca powołałaby go do służby, nie sądzę, by powiedział nie.

Stanowisko trenera Blaugrany wiąże się z wielkim prestiżem, ale i ogromną presją. Drużyna musi wygrywać zawsze i wszędzie, przy okazji grając widowiskowo. Luis Enrique wytrzymał w tych warunkach dwa i pół roku. Osiągnął sukces, ale zapłacił za niego wysoką cenę. Przez te dwadzieścia kilka miesięcy bardzo się bowiem postarzał, nie tylko fizycznie. Duma Katalonii to klub niezwykle wymagający, w którym trener jest mniej ważny niż piłkarze. Tu rządzi... Lionel Messi i to właśnie jego głos może zdecydować o tym, kto zostanie nowym trenerem pierwszego zespołu.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Najbardziej znienawidzony piłkarz świata. Diego Costa od A do Z

Krnąbrny, arogancki, czasami po prostu chamski,
ale skuteczny - taki jest Diego Costa.
źródło: wikipedia.org autor: Aleksandr Osipov
Idę na wojnę. Wy idziecie ze mną - tym zdaniem Diego Costa przywitał się z Johnem Terrym, Branislavem Ivanoviciem i Garym Cahillem podczas pierwszej wizyty w ośrodku treningowym Chelsea. Dla niego każdy mecz to prawdziwa bitwa, w której liczy się tylko zwycięstwo, a środki użyte do osiągnięcia celu są mniej ważne. "L'Equipe" w 2015 roku nazwał go najbardziej znienawidzonym piłkarzem na świecie, trudno bowiem znaleźć kogoś, kto zalazł za skórę równie dużej liczbie kolegów po fachu. Na boisku prowokuje, obraża, oszukuje, a czasami bardzo brutalnie fauluje. Nie przeszkadza mu to jednak być jednym z najlepszych napastników globu. Boiskowy wojownik z duszą dziecka, twardziel o gołębim sercu, futbolowy diabeł tasmański - Diego Costa od A do Z.

Atlético Madryt. Costa został oficjalnie zaprezentowany jako gracz Los Colchoneros 10 czerwca 2007 roku. Media na dzień dobry nazwały go... nowym Kaką. Do dziś nie wiadomo, dlaczego Diega porównano akurat do tego brazylijskiego pomocnika. Skaut Javier Hernandez optował za tym, by Costa początkowo trenował z drużyną rezerw. Dyrektor sportowy Jesus Garcia Pitarch sugerował jednak, by wypożyczyć go do innego klubu. Ostatecznie tak się właśnie stało. Najpierw była Celta potem Albacete, a następnie transfer do Realu Valladolid z opcją odkupienia, z którego Atlético skorzystało.

Brazylijczyk miał być trzecim napastnikiem po Sergiu Aguero i Diego Forlanie. Ligowy debiut w barwach Rojiblancos zaliczył 30 sierpnia 2010 roku w starciu ze Sportingiem Gijon. W 67. minucie zmienił Diega Forlana, a następnie asystował przy golu Simao Sabrosy, ustalającym wynik meczu na 4:0 dla Atlético. W sezonie 2010/2011 La Ligi Costa zdobył 6 goli, ale bramki te wcale nie wzmocniły jego pozycji w drużynie. Gdy był już dogadany z Besiktasem i miał przejść do tego klubu, w lipcu doznał poważnej kontuzji kolana, która wykluczyła go z gry na pół roku. Kiedy wrócił do zdrowia, został wypożyczony do Rayo Vallecano. Tak naprawdę dopiero od sezonu 2012/2013 zaczęła się prawdziwa kariera Costy w Atlético. Strzelił wówczas 20 goli w 44 meczach ligowych i pucharowych. Jego talent eksplodował rok później, kiedy to trafił do siatki aż 36-krotnie. Nic dziwnego, że został nominowany do tytułu napastnika roku w Hiszpanii. Zdobyć go nie mógł z prostego powodu - w gronie kandydatów do tej nagrody był też Cristiano Ronaldo.

Pozycja Costy na europejskim rynku piłkarskim była w 2014 roku bardzo mocna. Brazylijczyk mógł więc przebierać w ofertach. Ostatecznie przyjął tę Chelsea.

Barcelona Esportiva Capela to klub, który powstał w 2004 roku w południowej części Sao Paulo, by dać chłopcom z okolicznych faweli alternatywę dla wejścia na przestępczą ścieżkę związaną z handlem narkotykami. Właśnie w nim pierwsze piłkarskie kroki stawiał Diego Costa. Trafił tam dzięki znajomościom swojego wujka Jarminho, w którego sklepie pracował po tym, jak rok wcześniej opuścił rodzinne Lagarto w poszukiwaniu lepszych życiowych perspektyw. W Barcelonie EC Diego grał w rozgrywkach do lat 18 i zarabiał miesięcznie równowartość około 600 zł. Już na samym początku pokazał, że niezłe z niego ziółko, kiedy to został zawieszony na cztery miesiące za uderzenie przeciwnika i znieważenie sędziego. W klubie był do 2006 roku, kiedy to dzięki koneksjom znanego agenta sportowego Jorge Mendesa za 1,5 mln euro trafił do Sportingu Braga.

Chelsea FC. Zawodnikiem klubu ze Stamford Bridge Diego Costa został 1 lipca 2014 roku. Podpisał pięcioletni kontrakt, gwarantujący mu zarobki w wysokości 150 tys. funtów tygodniowo. The Blues zapłacili za niego Atlético 32 mln funtów. Trener José Mourinho był zadowolony, bo w końcu dostał silnego, sprytnego, dobrego technicznie i co najważniejsze - skutecznego napastnika. Costa również czuł się szczęśliwy, gdyż trafił do ligi, która wydawała się być dla niego stworzona. Pierwszy raz w barwach Chelsea zagrał 27 lipca w towarzyskim meczu z Olimpiją Lublana. Jego nowa drużyna wygrała 2:1, a on strzelił jednego gola. Oficjalnym debiutem Diega było spotkanie Premier League z Burnley 18 sierpnia. W nim też trafił do siatki. Do tej pory w barwach Chelsea wystąpił 104 razy, zdobył 52 bramki, a przy 21 asystował. Obejrzał też 27 żółtych kartek i mimo momentami brutalnej gry - tylko 2 czerwone, za każdym razem w konsekwencji drugiej żółtej.

Przed sezonem 2016/2017 Costa nosił się z zamiarem odejścia z londyńskiego klubu i powrotu do Atlético. Antonio Conte zdołał go jednak przekonać do zmiany planów. Zrobił też coś jeszcze. Dzięki niemu Brazylijczyk z hiszpańskim paszportem odzyskał radość z gry w piłkę. Znów jest skuteczny jak w swym pierwszym sezonie w Premier League, ponownie imponuje sprytem i przebiegłością pod polem karnym rywali, a także mniej fauluje, ale... tylko trochę. Mimo to trudno nazwać stosunki między Diegiem a jego trenerem wzorowymi, to taka typowa "szorstka przyjaźń".

Darczyńca. Rok temu "The Guardian" opisał historię fana Arsenalu, który wraz z żoną prowadzi dom dziecka. W 2015 roku placówka zmagała się z problemami finansowymi, groziła jej likwidacja. Wspomniany kibic starał się różnymi sposobami zdobyć potrzebne pieniądze. Z pomocą innych sympatyków Kanonierów próbował nawet zainteresować sprawą piłkarzy tego klubu. Niestety, bez skutku. W październiku odebrał telefon od osoby mówiącej po hiszpańsku. Jako że nie znał tego języka, przekazał słuchawkę swojej matce. Tajemniczy rozmówca spytał o adres sierocińca i zapowiedział wizytę. Trzy godziny później na podjeździe przed budynkiem zaparkowało luksusowe BMW. Wysiedli z niego Diego Costa i Willian. Po krótkiej rozmowie każdy z nich zaoferował wsparcie domu dziecka kwotą 50 tysięcy funtów. Obietnicę spełnili i dzięki tym pieniądzom placówka została uratowana. Fan Arsenalu później spotykał się z Costą kilkakrotnie. Piłkarz zaprosił go np. do swojego rodzinnego Lagarto, gdzie funkcjonuje finansowana przez niego szkoła.

Efektywność. Costa strzelił w Premier League 47 goli (stan na 20 lutego), oddając 214 strzałów, w tym 96 celnych. Prawie co drugie uderzenie w światło bramki znajdowało więc drogę do siatki - to całkiem dobry wynik. Zdecydowaną większość goli były gracz Atlético Madryt zdobył prawą nogą - 31 i tylko jednego z rzutu karnego. Zanotował też 14 asyst, a średnio podczas meczu podawał 29 razy.



Familia. Ojciec Costy, Jose de Jesus, nadał mu imię na cześć swojego idola, Diega Armando Maradony. Starszy brat Brazylijczyka, Jair, również dostał imię po słynnym piłkarzu. W jego przypadku był to Jairzinho. Diego i Jair grali razem w Barcelonie EC. Ten drugi jednak nie został zawodowym piłkarzem. Pierwszy również nie wierzył, że nim będzie. Pochodził z małej miejscowości, grał dużo z kolegami na ulicy, ale gdy poszedł na "casting" do lokalnego klubiku Atlético Clube Lagartense, został odrzucony. Gdyby nie wujek Jarminho, który załatwił mu miejsce w Barcelonie EC, o Coście dziś nikt pewnie by nie słyszał.

Głowa. Gra tą częścią ciała nie jest jego najmocniejszą stroną. Z 47 goli, jakie strzelił do tej pory w Premier League, zaledwie 4 padły po strzałach głową. Costa, jak na kogoś, kto ma 188 cm wzrostu, rzadko wygrywa powietrzne pojedynki - w tym sezonie angielskiej ekstraklasy tylko 25%.

Hat-trick. Diego w swojej dotychczasowej karierze zaliczył je tylko dwukrotnie. Pierwszego ustrzelił 3 kwietnia 2011 w wygranym przez Atlético 3:2 meczu z Osasuną. Drugiego już w barwach Chelsea, 13 września 2014 roku w starciu ze Swansea (4:2). Dublety Diego notował natomiast czternastokrotnie, ostatni raz 9 listopada 2016 roku w spotkaniu ze... Swansea (5:0). 

Indywidualne laury. Król strzelców Pucharu Króla w sezonie 2012/2013, piłkarz września 2013 w La Lidze oraz kwietnia 2014 i sierpnia 2016 w Premier League, wybrany do najlepszej drużyny Primera Division 2013/2014 oraz Champions League w tym samym sezonie, a także Premier League w kampanii 2014/2015 - to lista wyróżnień dla Diega Costy. Brazylijczyk z hiszpańskim paszportem otrzymał też w 2014 roku Trofeo EFE, nagrodę przyznawaną najlepszemu latynoamerykańskiemu piłkarzowi La Ligi.

Jorge Mendes jest agentem Diego Costy od czasu jego transferu do Sportingu Braga w 2006 roku. Niedawno portugalski menedżer, reprezentujący też m.in. Cristiano Ronaldo, Angela di Marię czy Renato Sanchesa, został uchwycony na zdjęciu z prezydentem Tianjin Quanjian. Być może właśnie to ten chiński klub zaoferował Coście tygodniówkę w wysokości aż 625 tysięcy funtów. Brazylijczyk z hiszpańskim paszportem miał bowiem tej zimy otrzymać dwie lukratywne propozycje od klubów z Państwa Środka. Po upublicznionej kłótni piłkarza z trenerem Antoniem Conte wydawało się, że może on opuścić Chelsea już w styczniu. Tak się ostatecznie nie stało, ale Chińczycy latem z pewnością znów spróbują go ściągnąć do siebie.

Książka. W 2015 roku ukazała się biografia "Diego Costa: The Art of War", którą napisał hiszpański dziennikarz Fran Guillen. Książka ta ukazuje niezwykłą drogę zwykłego chłopaka z biednej brazylijskiej miejscowości na salony światowego futbolu. Opisuje, jak zarabiał na chleb w Brazylii, pokazuje dobre i złe strony jego charakteru, jest też pełna ciekawych historii z jego udziałem. Jedna z nich opowiada o próbie uprowadzenia przez niego lekarza klubu Albacete Balompie, inna z kolei o psychicznym dołku, w jaki piłkarz wpadł po śmierci jego ukochanego Yorkshire terriera, którego przez nieuwagę... sam przejechał samochodem.

Lojalność. Diego Costa na boisku bywa brutalny, wręcz chamski. Poza nim również do aniołków nie należy, ale z pewnością jest lojalny, ma też duże poczucie sprawiedliwości społecznej. Gdy był zawodnikiem Albacete, w klubie się nie przelewało. Jego szefowie w końcu zdecydowali, że będą płacić piłkarzom, ale sztabowi już nie. Kiedy Costa się o tym dowiedział, odmówił udziału w treningach do czasu, aż pensje zaczną dostawać wszyscy. Nie chciał też podać ręki prezydentowi klubu Eduardo Rodríguezowi Vellando, gdy ten pewnego razu zjawił się w szatni zespołu. Szef witał się z każdym z piłkarzy po kolei. Gdy stanął przed Diegiem, ten ani drgnął, stwierdzając, że nie uściśnie jego dłoni, dopóki osoba odpowiedzialna za sprzęt w Albacete nie zacznie otrzymywać wypłaty na czas.

Mendilibar Jose Luis to trener, którego Costa bardzo ceni. Nazywa go nawet najlepszym szkoleniowcem, z jakim pracował. Obaj pracowali razem w sezonie 2009/2010 w Realu Valladolid. Brazylijczyka i Hiszpana łączyła synowsko-ojcowska relacja, którą można określić mianem "trudnej miłości". 55-letni dziś szkoleniowiec doceniał talent Costy, ale nie przymykał oczu na jego występki. Za jedno z przewinień ukarał go w dość nietypowy sposób, wysyłając do pracy... w winnicy. Również Diego Simeone zalicza się do fanów Costy. Obaj są bowiem podobni do siebie pod względem charakteru - zadziorni, waleczni, ambitni i nieustępliwi. Nie ma więc przypadku w tym, że to właśnie pod skrzydłami Argentyńczyka Diego stał się napastnikiem klasy światowej.

Numery na koszulce. Costa w Chelsea gra z dziewiętnastką na plecach. Z tym numerem występował też w dwóch ostatnich latach spędzonych w Atlético, a także na wypożyczeniu w Rayo Vallecano i w Albacete w sezonie 2008/2009. W swojej karierze nosił również trykoty z 22 (Atlético, Real Valladolid), 17 (Celta Vigo) i 88 (Penafiel).

Obsesja. Costa ma obsesję na punkcie grania w piłkę - brzmi banalnie, ale w jego przypadku takie wcale nie jest. Gdy był wypożyczony z Atlético do Celty, same treningi mu nie wystarczały. Po zajęciach w klubie do godziny 22 grał z kumplami na położonych w okolicy boiskach należących do miejscowej uczelni. Gdy jeden z kolegów z drużyny upomniał go, iż nie powinien tak robić, gdyż może doznać kontuzji, która wyłączy go z gry o ligowe punkty, on tylko wzruszył ramionami i dalej robił swoje. Costa miał wtedy 20 lat. W 2015 roku, chcąc zaimponować Jose Mourinho i odzyskać miejsce w składzie, przez trzy tygodnie brał udział w dwóch treningach dziennie. Na nic to się jednak zdało, gdyż... portugalskiego trenera zwolniono z Chelsea.

Profesjonalizm. Diegowi czasami zdarza się zapominać, że jest zawodowym piłkarzem. W 2009 roku zjawił się w klubie (wówczas grał w Realu Valladolid) po wakacjach cztery dni później niż powinien. Do tego ze sporą nadwagą. Winą za nadprogramowe kilogramy obarczył swoją matkę, która, jak stwierdził, po prostu za dobrze gotuje. Z kolei w styczniu tego roku symulował kontuzję pleców, by nie jechać do Leicester na mecz z Lisami i wymusić na władzach klubu zgodę na transfer do Chin. Personel medyczny Chelsea nie widział jednak przeciwwskazań, by włączyć Diega do kadry na to spotkanie. Antonio Conte stanął po stronie specjalistów, co rozsierdziło piłkarza. Doszło do sporej awantury, obaj panowie powiedzieli sobie kilka przykrych słów, a za karę Costa został odsunięty od pierwszej drużyny. Czy takimi zagrywkami osiągnie swój cel, czas pokaże. Kilka lat temu podobnie postąpił wobec szefów Atlético i dostał to, czego chciał.

Reprezentacja. 5 marca 2013 roku Costa dostaje od Luiza Felipe Scolariego powołanie do reprezentacji Brazylii na towarzyskie mecze z Włochami w Genewie i z Rosją w Londynie. W kadrze Canarinhos debiutuje 21 marca, zmieniając Freda w 69. minucie starcia ze Squadra Azzurra. 4 dni później przeciwko Sbornej pojawia się na murawie na ostatnie 12 minut, tym razem zastępując Kakę. To pierwsze i zarazem ostatnie spotkania Costy w reprezentacji Brazylii.

W lipcu 2013 roku Diego dostaje hiszpańskie obywatelstwo. Już we wrześniu federacja piłkarska tego kraju wystosowuje oficjalną prośbę do FIFA o zgodę na powołanie Brazylijczyka do kadry. Otrzymuje ją i 29 października tego roku piłkarz wysyła pismo do władz brazylijskiego związku, w którym informuje o zamiarze reprezentowania Hiszpanii. Selekcjoner Luiz Felipe Scolari i szef brazylijskiej federacji Carlos Eugênio Lopes są mocno wkurzeni. Ten drugi wprost mówi, że powodem decyzji piłkarza są wyłącznie kwestie finansowe i nie szanuje on barw narodowych. Costa się tym jednak nie przejmuje, zrzeka się brazylijskiego obywatelstwa, wskutek czego staje się w swojej ojczyźnie persona non grata.

W hiszpańskiej kadrze też nie jest mile widziany. Mimo to 5 marca 2014 zalicza debiut w barwach La Roja. Reprezentacja jego nowego kraju wygrywa z Włochami 1:0, a on gra cały mecz. Później jedzie z nią na Mistrzostwa Świata do Brazylii, ale szybko wraca, gdyż Hiszpanie odpadają z turnieju już po fazie grupowej. 14 meczów i 4 gole - to obecny reprezentacyjny bilans Costy. Z perspektywy czasu as Chelsea powinien żałować swojej decyzji o zmianie obywatelstwa. Dziś byłby gwiazdą Canarinhos, a w La Roja jest tylko jednym z wielu, do tego traktowanym jako obcy.

Sporting Braga. Costa podpisał kontrakt z tym portugalskim klubem w lutym 2006 roku, mając 18 lat. Jego ojciec nie był zachwycony wyjazdem syna do Europy i wolał, by z Barcelony EC przeszedł on do AD Sao Caetano, ale Diego wiedział, że nie może zmarnować takiej szansy i postanowił ruszyć na podbój europejskich boisk. Chłód północnej Portugalii i tęsknota za domem nie ułatwiały mu aklimatyzacji w nowym klubie. Do tego Sporting nie miał młodzieżowej drużyny, w efekcie Costa już latem 2006 roku został wypożyczony do drugoligowego FC Penafiel, trenowanego wówczas przez eksreprezentanta Portugalii Rui Bento. W 13 meczach dla tego zespołu zdobył 5 goli i... w grudniu złożył podpis pod umową z Atlético Madryt. Los Colchoneros zapłacili za niego 1,5 mln euro i zgodzili się, by następne pół roku ich nowy piłkarz spędził na wypożyczeniu w Bradze, w której ostatecznie nie zagrał ani jednego oficjalnego meczu.

Tułaczka Costy po Hiszpanii zaczęła się latem 2007 roku, kiedy to został wypożyczony z Atlético Madryt do Celty Vigo. W sezonie 2007/2008 Brazylijczyk wystąpił w 30 meczach i strzelił 6 goli. W kolejnej kampanii był już graczem Albacete, gdyż w Vigo uznali, że ma... destrukcyjny wpływ na drużynę. Będąc graczem kastylijskiego zespołu się nie zmienił. Wciąż rozrabiał na boisku, jak i poza nim. Kłócił się z kolegami z drużyny, a za sprzeczkę z bramkarzem Jonathanem został nawet odsunięty od pierwszego zespołu. Mimo to był ważnym ogniwem ekipy Juana Ignacio Martineza - w 35 meczach zdobył 9 goli.

Latem 2009 Costa wrócił do Atlético, ale te go nie chciało. On zaś był tak sfrustrowany tym, iż nie dostał w Madrycie prawdziwej szansy, by zaprezentować swoje umiejętności, że zamierzał wrócić do Brazylii i zostać graczem Esporte Clube Vitoria. Ostatecznie 8 lipca wylądował w Realu Valladolid jako część zapłaty za bramkarza Sergia Asenjo. Zainteresowanie nim wyrażała też... FC Barcelona, która szukała wzmocnień do swojej drugiej drużyny, ale szefowie Atlético nie zgodzili się na ten transfer. Wówczas Costa zawarł ponoć układ z Garcią Pitarchem, że po zakończeniu sezonu 2009/2010 klub z Madrytu skorzysta z opcji jego odkupienia za milion euro. Tak faktycznie się stało, więc jakaś ustna umowa chyba faktycznie musiała między nimi obowiązywać.

Na zesłaniu w Valladolid Diego prezentował się dobrze, choć wciąż daleko mu było do ideału profesjonalisty. W barwach Pucelanos zagrał 36 razy, zdobył 9 bramek, a przy 6 asystował, ale nie pomógł drużynie uniknąć degradacji do Segunda Division. Niewiele go to jednak obchodziło, wiedział bowiem, że wraca do Madrytu. W Atlético nijak nie mógł jednak zaskoczyć, potem doznał poważnej kontuzji, a w efekcie w styczniu 2012 roku znów został wypożyczony, tym razem do Rayo Vallecano. W tym madryckim klubie grał świetnie. Zdobył 10 goli w 16 meczach i znów, niczym syn marnotrawny, zjawił się w siedzibie Los Colchoneros.

Urazy. 189 dni trwała najdłuższa przerwa Costy spowodowana kontuzją. Od 28 lipca 2011 roku do 2 lutego 2012 roku leczył on zerwane więzadła krzyżowe w kolanie. Z kolei w sezonie 2014/2015 Brazylijczyk z hiszpańskim paszportem pauzował przez 42 dni przez problemy z udem. W ostatnich siedmiu sezonach Diego tylko w jednym - 2011/2012 - nie doznał żadnego urazu.

Wróg. Costę lubią tylko kibice drużyny, w której aktualnie gra, i to też nie wszyscy. Najwięcej powodów do antypatii względem Diega mają fani Osasuny i Sevilli - tym drużynom strzelił on bowiem po 9 goli. Na drugim miejscu wśród jego "ofiar" jest Swansea, której bramkarza Brazylijczyk z hiszpańskim paszportem pokonywał siedmiokrotnie. Sześć razy o zdolnościach strzeleckich Costy przekonywały się natomiast Real Saragossa, Getafe i Real Betis Balompie.

 

Zawadiaka. Diego podczas gry wciąż prowokuje rywali, zaczepia, obraża, atakuje ich też fizycznie (jest trzecim najczęściej faulującym graczem Chelsea w tym sezonie po defensywnych pomocnikach Kantem i Maticiu), w efekcie jak na napastnika dostaje bardzo dużo żółtych kartek - średnio 8-10 w sezonie, wielokrotnie był też zawieszany przez hiszpańską i angielską federację na kilka meczów za faule, które uszły uwadze sędziego, jak np. za uderzenie Laurenta Koscielnego czy Garetha Barry'ego. Czasami na boisku zachowuje się tak, jakby chciał kogoś zabić. Nie przenosi jednak meczowych sporów poza murawę. Po spotkaniu jest w stanie pójść na obiad lub imprezę z piłkarzem, którego kilka godzin wcześniej chciał wdeptać w ziemię.

wtorek, 7 lutego 2017

Sponsorzy techniczni klubów i reprezentacji. Nike i Adidas dominują, coraz więcej Jomy

Walka Adidas vs. Nike trwa od lat. Globalnie większą wartość ma amerykańska firma (17 mld dolarów wobec 7,5 mld), ale w piłkarskiej branży nie jest to aż tak widoczne. Oba koncerny sponsorują bowiem po 20 klubów z pięciu czołowych lig Europy i po 7 reprezentacji z czołówki rankingu FIFA. Jedynie w najbardziej medialnej lidze świata, Premierhip, przewaga niemieckiej firmy jest zdecydowana i wynosi pięć do jednego. To jednak chwilowa nierównowaga i w kolejnym sezonie dzięki dwóm ważnym umowom Nike będzie bardziej widoczny na brytyjskim rynku. Z kim koncern z Oregonu zawarł te kontrakty? Kto ubiera pozostałe drużyny z angielskiej elity i innych czołowych lig? Jak wygląda sytuacja odzieżowa w polskiej ekstraklasie? Kto wiedzie prym na gruncie reprezentacyjnym?

PREMIER LEAGUE

źródło: footyheadlines.com
Firma Nike produkowała stroje dla Manchesteru United przez trzynaście lat. W 2014 roku szefowie Czerwonych Diabłów zdecydowali się jednak zakończyć współpracę z amerykańskim koncernem i związać się z jego głównym rywalem. Dziesięcioletni kontrakt z Adidasem jest najdroższą umową sponsorską w dziejach sportu i gwarantuje klubowi z Old Trafford bagatela 120 mln euro rocznie! Dla porównania Chelsea dostaje obecnie od tej samej firmy jedynie 30 mln euro, a Manchester City od Nike'a zaledwie 23. Amerykański koncern dziś ubiera tylko Obywateli, ale wkrótce się to zmieni.

Od następnego sezonu ze sprzętu koncernu z Oregonu będą korzystać piłkarze Chelsea i Tottenhamu. Oferta Nike'a dla The Blues była tak atrakcyjna, że szefowie tego klubu zdecydowali się zapłacić ok. 37 mln euro kary za zerwanie umowy z Adidasem. Jednak nie ma się im co dziwić. Nowy, aż piętnastoletni kontrakt gwarantuje bowiem klubowi ze Stamford Bridge wpływy na poziomie 65 mln euro rocznie!

Dużo skromniejszy jest kontrakt Nike'a z Kogutami, opiewający na ok. 30 mln euro za sezon. Mimo to szefowie Tottenhamu i tak są zadowoleni, gdyż dotychczasowa umowa z inną amerykańską firmą, Under Armour, zapewniała im roczne wpływy w wysokości zaledwie 11 mln euro.

Ciekawostką odzieżowego rynku Premier League jest obecność na nim dwóch firm w futbolowym świecie szerzej nieznanych: JD Sports i Dryworld, które dostarczają sprzęt odpowiednio AFC Bournemouth i Watford FC. Pierwsza powstała w 1981 roku w Bury, a od 1996 roku jest notowana na londyńskiej giełdzie. Druga natomiast została założona w kanadyjskim mieście Victoria zaledwie siedem lat temu, a na Wyspach poza Szerszeniami sponsoruje też Queens Park Rangers, w którym gra Paweł Wszołek.

Dość silną pozycją wśród ekip Premier League mogą się też pochwalić Puma i Umbro. Każda z nich dostarcza sprzęt trzem klubom. Umowa niemieckiej firmy z Kanonierami opiewa na 42 mln euro rocznie. Krok po kroku swoją markę na Wyspach budują też amerykańscy konkurenci Nike'a. New Balance, wcześniej znany jako Warrior, od sezonu 2012/2013 wyposaża w sprzęt piłkarzy Liverpoolu, a roczna wartość tej umowy to 35 mln euro. Natomiast Under Armour jest sponsorem technicznym Southamptonu, a także Tottenhamu, ale tylko do końca tego sezonu.

ADIDAS: Chelsea FC, Manchester United, Middlesbrough, Sunderland AFC, West Bromwich Albion
PUMA: Arsenal FC, Burnley FC, Leicester City
UMBRO: Everton FC, Hull City, West Ham United
UNDER ARMOUR: Southampton FC, Tottenham Hotspur
MACRON: Crystal Palace, Stoke City
NIKE: Manchester City 
JD SPORTS: AFC Bournemouth
NEW BALANCE: Liverpool FC
JOMA: Swansea City
DRYWORLD: Watford FC

LA LIGA

źródło: footyheadlines.com
Wartości nowych kontraktów Nike'a z Barceloną i Adidasa z Realem Madryt są horrendalnie wysokie. Pierwszy opiewa na około 150 mln euro rocznie, drugi - na 140 mln. Kwoty są szokujące, ale oba kluby regularnie odnoszą sukcesy na międzynarodowej arenie, mają mnóstwo kibiców na całym świecie i sprzedają miliony koszulek. Duma Katalonii jest pod tym pod względem światowym liderem - w sezonie 2015/2016 kibice kupili aż 3,637 mln jej trykotów. Drugi w tym zestawieniu Bayern sprzedał ich 3,312 mln, trzecia Chelsea - 3,102 mln, czwarty Manchester United - 2,977 mln. Piąty jest wspomniany Real Madryt z 2,866 mln sztuk.

Na tle umów hiszpańskich gigantów pozostałe kontrakty sprzętowe w La Lidze prezentują się mizernie. Atlético Madryt, do 2026 roku związane z firmą Nike, może liczyć rocznie na nie więcej niż 18 mln euro. Z kolei Valencia, niezbyt zadowolona ze współpracy z Adidasem, negocjuje ponoć kontrakt z Under Armour i byłaby zadowolona z 7-8 mln euro rocznie.

Villarreal w ostatnich latach grał w strojach chińskiej firmy Xtep, ale przed tym sezonem szefowie Żółtej Łodzi Podwodnej podpisali czteroletnią umowę z Jomą. Jej wartość nie została podana do publicznej wiadomości. Hiszpańska firma, założona w 1965 roku w Portillo de Toledo, jest trzecią siłą w hiszpańskiej ekstraklasie - dostarcza bowiem sprzęt czterem klubom. Poza Villarrealem także Espanyolowi, Granadzie i Leganés.

ADIDAS: Real Betis, Celta Vigo, CA Osasuna, Real Madryt, Real Sociedad, Valencia CF 
NIKE: Athletic Bilbao, Atlético Madryt, FC Barcelona, Málaga CF, Sporting Gijón
JOMA: RCD Espanyol, Granada CF, CD Leganés, Villarreal CF
HUMMEL: Deportivo Alavés
LOTTO: Deportivo La Coruña
PUMA: SD Eibar
ACERBIS: UD Las Palmas
NEW BALANCE: Sevilla FC

BUNDESLIGA

źródło: sporter.vn
90 mln euro rocznie inkasuje Bayern z tytułu umowy sponsorskiej z Adidasem. Niemiecki klub jest jednym z najbardziej lubianych na świecie i sprzedaje ponad 3,3 mln koszulek rocznie, kwota ta, choć ogromna, nie może więc dziwić. Koncern z Herzogenaurach jest związany z Bawarczykami od lat, posiada też 8,3% akcji klubu i ma całkiem spory wpływ na to, co się w nim dzieje.

W Bundeslidze, która powinna być bastionem Adidasa, rządzi jednak jego największy rywal. Nike dostarcza bowiem sprzęt sześciu drużynom, w tym rewelacyjnemu w obecnym sezonie RB Lipsk.

Od początku kampanii 2016/2017 nowego dostawcę sprzętu ma Bayer Leverkusen, który zakończył trwającą od 1976 roku współpracę z Adidasem. Zawarty na dwa lata kontrakt z firmą Jako według "Bilda" opiewa na 2,2 mln euro rocznie plus premie za sukcesy sportowe.

6-7 mln euro inkasuje natomiast z tytułu umowy z Pumą Borussia Dortmund. Ośmioletni kontrakt kończy się w 2020 roku i kolejny - bez względu na to, z jaką firmą zostanie zawarty - będzie z pewnością dla klubu z Signal Iduna Park dużo bardziej korzystny.

NIKE: FC Augsburg, Eintracht Frankfurt, Hertha BSC, RB Lipsk, Werder Brema, VfL Wolfsburg
ADIDAS: Bayern Monachium, Hamburger SV, FC Ingolstadt, Schalke 04 Gelsenkirchen
JAKO: SV Darmstadt, Bayer Leverkusen
LOTTO: TSG 1899 Hoffenheim, 1. FC Mainz 05
PUMA: Borussia Dortmund
HUMMEL: SC Freiburg
ERIMA: 1. FC Köln
KAPPA: Borussia Mönchengladbach

SERIE A

źródło: footyheadlines.com
Mistrz Włoch, Juventus, od początku sezonu 2015/2016 jest związany z Adidasem. Sześcioletnia umowa gwarantuje Starej Damie roczne wpływy w wysokości około 24 mln euro. To obecnie dziesiąty najwyższy piłkarski kontrakt sponsorski na świecie, ale jego wartość w porównaniu z tym, co dostają od tej samej firmy np. Real, Manchester United czy Bayern, jest skromna. Juve ma bowiem o wiele mniejszą liczbę fanów na świecie i sprzedaje "zaledwie" około pół miliona koszulek rocznie. Marketingowo jest więc dużo mniej atrakcyjnym partnerem niż wymieniona wyżej trójka, mimo że jeśli chodzi o sportowe sukcesy np. takie Czerwone Diabły bije w ostatnich latach na głowę.

Do 2023 roku obowiązuje umowa Adidasa z AC Milan, warta około 20 mln euro na sezon (tyle samo dostaje ponoć Inter od Nike'a). Kwota całkiem spora, zważając na to, jak marnie wiedzie się w ostatnich latach Rossonerim. Wypracowana przed laty marka klubu wciąż ma jednak duży wpływ na wartość wszelkich kontraktów sponsorskich. W efekcie klub z Mediolanu, choć od kilku sezonów pogrążony w kryzysie, od Adidasa dostaje rocznie tylko o 4 mln mniej niż mistrzowski Juventus.

Wciąż dość silną pozycję w Serie A mają Kappa i Macron, które wspierają po trzy kluby. Ta pierwsza firma, powstała w 1967 roku w Turynie, od ubiegłego sezonu współpracuje z SSC Napoli, a roczną wartość tej umowy szacuje się na 8-9 mln euro. Tylko Juventus, Milan i Inter zgarniają we Włoszech więcej z tytułu umów ze sponsorami technicznymi.

Le Coq Sportif to firma z tradycjami. Założona w 1882 roku przez Emile'a Camuseta w Entzheim, miasteczku położonym na granicy francusko-niemieckiej, w XXI wieku w zawodowym futbolu na najwyższym poziomie była praktycznie nieobecna. W 2015 roku wygrała przetarg na dostarczanie sprzętu Fiorentinie, pokonując m.in. Kappę i Umbro. Szczegóły umowy nie są znane. Wiadomo jedynie, że została podpisana na trzy lata.

NIKE: Atalanta BC, Inter Mediolan, AS Roma
ADIDAS: Juventus FC, AC Milan
MACRON: Bologna FC, Cagliari Calcio, SS Lazio
JOMA: Empoli FC, US Palermo, UC Sampdoria
KAPPA: SSC Napoli, US Sassuolo Calcio, Torino FC
GIVOVA: Chievo Werona
ZEUS: FC Crotone
LE COQ SPORTIF: ACF Fiorentina
LOTTO: Genoa CFC
ERREA: Pescara Calcio
HS SPORT: Udinese Calcio

LIGUE 1

źródło: soccer365.com
Najwięcej klubów francuskiej ekstraklasy korzysta ze sprzętu firmy z Oregonu. Wśród nich jest Paris Saint-Germain, któremu umowa wygasająca w 2022 roku gwarantuje około 24 mln euro na sezon. Włodarze klubu z Parc des Princes na wieść o lukratywnej umowie Nike'a z Chelsea poczuli się niedowartościowani i wystąpili z wnioskiem o renegocjację umowy. Ponoć domagają się przynajmniej 35-40 mln euro rocznie.

Adidas w ojczyźnie Kartezjusza od lat współpracuje z oboma Olympique'ami. Z punktu widzenia niemieckiego koncernu ważniejszy jest ten z Marsylii, co pokazuje roczna wartość kontraktu wynosząca 10 mln euro rocznie (OL na podstawie umowy z 2009 roku może liczyć zaledwie na połowę tej kwoty). Adidas jest chętny przedłużyć wygasającą z końcem sezonu 2017/2018 umowę z OM, a nawet zapłacić więcej - około 14 mln za sezon, ale jego plany mogą pokrzyżować Puma i Under Armour. Obie firmy są bowiem poważnie zainteresowane sponsorowaniem Olympijczyków.

Angielskie produkty nie znajdują we Francji dużego uznania. Stroje firmy Umbro wydają się być wyjątkiem od tej reguły. Co prawda "ze stajni" koncernu z Manchesteru odeszło niedawno OSC Lille, które podpisało umowę z amerykańskim New Balance, ale wciąż są w niej SM Caen i FC Nantes, którego prezydentem jest Waldemar Kita.

AS Saint-Étienne przed rozpoczęciem sezonu 2015/2016 zakończył wieloletnią współpracę z Adidasem i związał się z legendarną już firmą Le Coq Sportif. To ponowny związek tych dwóch niezwykle cenionych we Francji marek. To w strojach tego producenta Les Verts w 1976 roku zdobywali mistrzostwo kraju i grali w finale Pucharu Mistrzów, w którym przegrali z Bayernem Monachium 0:1

NIKE: FC Metz, AS Monaco, Montpellier HSC, AS Nancy, Paris Saint-Germain
ADIDAS: FC Lorient, Olympique Lyon, Olympique Marsylia
KAPPA: SCO Angers, SC Bastia,
PUMA: Girondins Bordeaux, Stade Rennais
UMBRO: SM Caen, FC Nantes
LOTTO: Dijon FCO
PATRICK: EA Guingamp
NEW BALANCE: OSC Lille
MACRON: OGC Nice
LE COQ SPORTIF: AS Saint-Étienne
JOMA: Toulouse FC

LOTTO EKSTRAKLASA

źródło: footballfashion.org
Umowa Legii z Adidasem kończy się z końcem tego sezonu. Wartość tej podpisanej w 2013 roku wynosi 10 mln złotych plus premie za sukcesy sportowe, co jak na polskie realia jest kwotą pokaźną. Żaden z pozostałych klubów naszej Ekstraklasy nie może liczyć nawet na połowę pieniędzy, jakie od swojego sponsora technicznego dostaje stołeczny klub. Koszulki Legii wyróżniają się na tle innych produkowanych przez niemiecką firmę i... trzeba potraktować to jako spore wyróżnienie. Adidas przygotowuje bowiem trykoty specjalnie dla danego klubu, tylko jeśli ten sprzedaje rocznie ponad... 100 tysięcy trykotów. Stołeczny klub jest pod tym względem najlepszy w Polsce, ale kibice kupują rocznie nie więcej niż 10 tysięcy koszulek. Obecny wzór strojów Legii jest więc swego rodzaju kompromisem i efektem długich negocjacji jej władz z przedstawicielami Adidasa.

Od lipca 2016 roku sponsorem technicznym Lechii Gdańsk jest New Balance. Umowa obowiązuje do końca czerwca 2020 roku i jest pierwszą w historii zawartą przez amerykańską firmę z polskim klubem. Wcześniej drużyna z Trójmiasta występowała w strojach produkowanych przez Sallera.

W 2014 roku Lech zamienił Pumę na Nike'a. Kontrakt z firmą z Oregonu jest ponoć jednym z najlepszych, jakie zawarto w naszym kraju. Szczegółów jednak brak, więc nie wiadomo, ile tak naprawdę jest warty.

Duża liczba polskich klubów nie przywiązuje wielkiej wagi do wyglądu meczowych trykotów. Najlepszy przykład do Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Drużyna korzysta co prawda ze strojów Nike'a, ale z modelu sprzed dobrych kilku sezonów. Co ciekawe, żaden z klubów Ekstraklasy nie używa sprzętu rodzimej produkcji. Są niemieckie, amerykańskie, szwajcarskie, duńskie, włoskie czy hiszpańskie, ale polskiego brak. To dziwne, bo trudno uwierzyć, że żaden z rodzimych producentów nie byłby w stanie zaprojektować, wyprodukować i dostarczyć dobrej klasy piłkarskich strojów.

ADIDAS: Arka Gdynia, Legia Warszawa, Ruch Chorzów, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Wisła Płock
NIKE: KGHM Zagłębie Lubin, Lech Poznań, Bruk-Bet Termalica Nieciecza
ZINA: Pogoń Szczecin
JOMA: Piast Gliwice
JAKO: Górnik Łęczna
HUMMEL: Korona Kielce
LEGEA: Cracovia
NEW BALANCE: Lechia Gdańsk
ERREA: Jagiellonia Białystok

REPREZENTACJE (pierwsza dwudziestka rankingu FIFA)

Adidas jest sponsorem technicznym FIFA od ponad 40 lat i pozostanie nim do 2030 roku. Może się też pochwalić współpracą z drużyną mistrza świata - Niemcami. Najlepszą reprezentację Europy - Portugalię - i zwycięzcę Copa America Centenario - Chile - ubiera już jednak Nike. Dwaj główni rywale na światowym rynku dwoją się i troją, by zagarnąć dla siebie jak największą część piłkarskiego tortu. W efekcie... obecnie wspierają po siedem kadr narodowych z pierwszej dwudziestki rankingu FIFA.

źródło: nike.com
Polska od 2008 roku jest związana kontraktem z firmą Nike, który po przedłużeniu w 2013 roku obowiązuje do roku 2020 i gwarantuje Biało-Czerwonym 5-7 mln euro rocznie. Dla porównania Francuzi dostają od amerykańskiego koncernu na mocy nowej umowy zawartej przynajmniej do zakończenia Mistrzostw Świata w 2026 roku, aż 45 mln euro rocznie. Anglicy 39, a Brazylijczycy 30,7 mln euro. Najdroższą umowę sponsorską mogą pochwalić się Niemcy, którzy od Adidasa dostają co roku 50 mln euro.

Wśród firm sponsorujących reprezentacje z czołówki rankingu FIFA jest też New Balance. Amerykańska firma wygrała jednak przetarg na obsługę techniczną kostarykańskiej federacji w kontrowersyjnych warunkach, a być może i niezgodnie z prawem. Były szef tamtejszej federacji, Eduardo Li, przyznał się bowiem do wzięcia łapówki w wysokości pół miliona dolarów w zamian za wpłynięcie na komisję decydującą o wyborze sponsora w taki sposób, by ta wybrała ofertę New Balance. Ciekawostką jest fakt, że pieniężną zachętę mieli wręczyć Li... panamscy pośrednicy.

ADIDAS: Argentyna, Niemcy, Belgia, Kolumbia, Hiszpania, Walia, Meksyk
NIKE: Brazylia, Chile, Francja, Portugalia, Anglia, Chorwacja, Polska
PUMA: Urugwaj, Szwajcaria, Włochy
NEW BALANCE: Kostaryka
UMBRO: Peru
MARATHON: Ekwador

W czterech z pięciu najlepszych lig Starego Kontynentu prym wiodą Adidas i Nike, sponsorując w sumie 41% grających w nich klubów. Jedynie w Anglii amerykański koncern jest wyjątkowo mało widoczny, ale od następnego sezonu, dzięki umowom z Chelsea i Tottenhamem, sytuacja ta ulegnie zmianie. Również na gruncie reprezentacji obie firmy zajmują najwięcej miejsc przy stole. Ich rywalizacja przypomina trochę tę między Coca-Colą i Pepsi. Obie firmy są znane, cenione i trudno obiektywnie wskazać, która z nich produkuje lepszy sprzęt. Trzecią siłą w europejskiej wielkiej piątce jest niespodziewanie hiszpańska Joma, współpracująca z dziewięcioma klubami, nieobecna jedynie w Bundeslidze. Kolejne lokaty zajmują Puma z siedmioma kontraktami i Kappa z sześcioma. Niemiecki koncern sponsoruje też trzy reprezentacje z pierwszej dwudziestki rankingu FIFA. Żadna z tych firm nie ma jednak szans zbliżyć się do zysków osiąganych przez wielką dwójkę, która jest niczym Real i Barcelona w lidze hiszpańskiej. Rządzi i dzieli, tylko czasem pozwalając dołączyć komuś trzeciemu do prowadzonej przez siebie gry.