niedziela, 23 kwietnia 2017

Nowy Messi z Polską w sercu. Paulo Dybala od A do Z

Ma dopiero 23 lata, a już jest idolem kibiców Juventusu.
Jedni nazywają go drugim Agüero, inni młodszym Messim.
Jedno jest pewne - to prawdziwy piłkarski diament.
źródło: Instagram Paulo Dybali
Pod koniec kariery chciałby zagrać w polskiej lidze, ale w naszym języku zna tylko dwa słowa: tak i na zdrowie. Stylem gry przypomina Messiego, choć wzorował się na... Andrei Pirlo, Juanie Romanie Riquelme i... Davidzie Trezeguet. Od meczu ćwierćfinałowego Ligi Mistrzów Juventus - Barcelona mówi o nim cały piłkarski świat, a kilka potężnych klubów z Realem Madryt na czele jest gotowych rozbić bank, byle tylko mieć go u siebie. Stara Dama zaś zamierza uczynić z niego nową legendę klubu. Paulo Dybala, wschodząca gwiazda futbolu od A do Z.

Argentyna. Dybala urodził się w Lagunie Lardze w prowincji Córdoba i choć mógł reprezentować Włochy albo Polskę (więcej o tym pod hasłami Dokumenty i Polska), wybrał grę dla Albicelestes. Mimo to nie zapomina o korzeniach swojej rodziny, często wspominając w wywiadach, że płynie w nim argentyńsko-włosko-polska krew.

Dybala w 2011 roku otrzymał powołanie do reprezentacji Argentyny do lat 17 na XVI Igrzyska Panamerykańskie, ale ostatecznie nie wystąpił w tym turnieju. Rok później dostał zaproszenie na zgrupowanie kadry do lat 20, jednak Instituto odmówiło zgody na jego wyjazd.

W pierwszej reprezentacji zadebiutował 14 października 2015 roku w meczu eliminacji Mistrzostw Świata 2018 z Paragwajem. Pojawił się na boisku w 75. minucie, zmieniając Carlosa Téveza. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Do tej pory Dybala w narodowych barwach wystąpił sześciokrotnie, tylko raz wychodząc na murawę w pierwszym składzie. Na premierowego gola wciąż czeka.

Bolesław Dybała. Tak nazywał się dziadek gwiazdora Juventusu. W czasie II wojny światowej wyemigrował z wioski Kraśniów w dzisiejszym województwie świętokrzyskim do Argentyny, gdzie się ożenił i założył rodzinę.

Calcio Sud America SA to niewielka firma menedżerska, która reprezentuje interesy Dybali. Z jej usług korzysta też m.in. Juan Iturbe.

Dokumenty. W 2012 roku, gdy Paulo przyjechał do Palermo, jego nowy klub chciał, by jak najszybciej wyrobił sobie europejski paszport. Dzięki temu ich nowy nabytek byłby uznawany za obywatela Unii Europejskiej, zwalniając tym samym miejsce dla gracza spoza wspólnoty. Dybala zamierzał starać się o polski paszport ze względu na dziadka Bolesława, ale niestety pojawiły się problemy z odnalezieniem odpowiednich dokumentów potwierdzających jego polskie korzenie. W tej sytuacji piłkarz wystąpił o włoskie obywatelstwo, gdyż jego babcia była Włoszką, a wszystkie potrzebne papiery udało się szybko skompletować.

Efektowne mecze. Dybala to strzelec wyborowy, ale na boiskach Europy hat-tricka jeszcze nie zdobył. Jego największym wyczynem pozostają dwa gole i dwie asysty w wygranym przez Juventus 4:0 meczu z Udinese 17 stycznia 2016 roku. Dwie bramki i jedno ostatnie podanie zanotował za to czterokrotnie: 17 lutego tego roku w lidze z Palermo (4:1), 11 dni później w półfinale Pucharu Włoch przeciwko Napoli (3:1), 14 maja 2016 roku w Serie A z Sampdorią (5:0) oraz 6 stycznia roku 2015 jeszcze jako gracz Palermo w meczu z Cagliari (5:0). Niedawny ćwierćfinał Champions League z Barceloną w Turynie również był w wykonaniu Dybali genialny. Dwie bramki strzelone Dumie Katalonii sprawiły, że trafił na czołówki piłkarskich gazet od Moskwy po Lizbonę!

Fiebre Maldini. Taką nazwę nosi piłkarski program emitowany na kanale Movistar+. 10 kwietnia tego roku ukazał się w nim reportaż poświęcony Paulo Dybali, zatytułowany po prostu "La Joya", czyli klejnot.

Giuseppe Sannino był trenerem Palermo, gdy Dybala trafił do tego klubu w lipcu 2012 roku. Szkoleniowiec ten we wrześniu został zwolniony, ale już w marcu 2013 wrócił, by w czerwcu znów stracić posadę. W sumie pod jego wodzą Paulo rozegrał 9 meczów. Na Starym Kontynencie pracował też z Alberto Malesanim (1 mecz), Gennarem Gattuso (8 meczów), Dariem Franco (11 meczów), Gian Piero Gasperinim (18 meczów), Giuseppe Iachinim (57 meczów) oraz Massimiliano Allegrim (84 mecze).

Hobby. Piłka nożna jest największym z nich. Dybala przyznaje, że gdy przez kilka dni nie śledzi wyników spotkań i wiadomości z piłkarskiego świata,, czuje się źle. Futbolu nigdy mu za dużo. Nic więc dziwnego, że namiętnie grywa z bratem Gustavem w FIFĘ. Lubi też ping pong i szachy, a także muzykę pop. Jego ulubioną wokalistką jest Rihanna.

Instituto Atlético Central Córdoba. Paulo po raz pierwszy pojawił się na treningu tego klubu w 2003 roku, w wieku 10 lat. Szybko zyskał przydomek La Joya, co po polsku oznacza klejnot. W pierwszej drużynie zadebiutował 4 września 2011 roku w przegranym przez Instituto 1:2 meczu z Rosario Central w ramach rozgrywek Primera B Nacional, czyli argentyńskiej drugiej ligi. Dybala zagrał w tym spotkaniu 42 minuty. Łącznie wystąpił w 40 meczach La Glorii, strzelając w nich 17 goli.

Juventus. 32 mln euro plus 8 w przypadku spełnienia warunków zawartych w kontrakcie - tyle Stara Dama zapłaciła za Dybalę. Argentyńczyk stał się jej piłkarzem 4 czerwca 2015 roku. Podpisał pięcioletnią umowę.

Debiut miał jak marzenie. 8 sierpnia w Superpucharze Włoch, w którym rywalem Juve było Lazio, w 61. minucie zastąpił Kingsleya Comana, a 12 minut później ustalił wynik na 2:0 dla Starej Damy. Potem było jeszcze lepiej. Dybala zamknął kampanię 2014/2015 z dorobkiem 23 goli we wszystkich rozgrywkach. Tylko Roberto Baggio miał lepszy debiutancki sezon od niego. Do 23 kwietnia 2017 roku Paulo zagrał dla Juventusu 84 mecze, zdobył w nich 39 bramek, a przy 17 asystował. Bez niego turyńskiej drużyny w półfinale Ligi Mistrzów raczej by nie było.

Szefowie Juve wiedzą, że takich talentów jak Dybala nie ma na świecie wielu. Zdają sobie też sprawę, iż taki piłkarz jak Argentyńczyk to prawdziwa żyła złota. Dlatego też w zaciszu klubowych gabinetów powstał plan, by uczynić z niego legendę Juve na miarę Alessandro del Piero. Pierwszy krok w tym kierunku już zrobili, przedłużając z nim kontrakt do 2022 roku. Na mocy nowej umowy genialny Argentyńczyk ma ponoć zarabiać 7 mln euro rocznie, czyli tyle samo co Gonzalo Higuain.



Kempes Mario. Mistrz świata z 1978 roku tak jak Paulo Dybala jest wychowankiem Instituto Atlético Central Córdoba. To właśnie jemu obecny snajper Juventusu odebrał miano najmłodszego strzelca gola w historii tego klubu, a także pobił jego rekord kolejnych meczów rozpoczynanych w pierwszej jedenastce - licznik zatrzymał się na liczbie 38. Dybala był też pierwszym graczem IACC, który dwukrotnie zaliczył hat-tricka w sezonie ligowym oraz zdobywał bramki w sześciu spotkaniach z rzędu.

Lazio Rzym. To ulubiony rywal Dybali. Przeciw tej drużynie grał do tej pory 10 razy i strzelił jej 7 goli. Po pięć bramek zdobył natomiast w starciach z Milanem, Udinese i Sampdorią.

Messi Lionel. Dybala często bywa porównywany do swojego rodaka. Obaj są filigranowi i lewonożni, świetnie dryblują, wychodząc zwycięsko nawet ze starć z kilkoma rywalami, a do tego znakomicie podają i wykonują stałe fragmenty gry. Gracz Juventusu lepiej od Messiego zastawia piłkę, jest też większym boiskowym altruistą.

- Rozumiem, że jestem porównywany do Messiego, ale nie chcę być drugim Messim ani Messim przyszłości (...) Jest tylko jeden Messi, tak jak Diego Maradona był tylko jeden - powiedział w rozmowie z dziennikarzem Associated Press po pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów przeciwko Barcelonie.

Do tej pory Messi i Dybala grali razem tylko w jednym meczu reprezentacji Argentyny, we wrześniu przeciwko Urugwajowi. Albicelestes zwyciężyli 1:0, Leo strzelił jedynego gola, a Paulo... w 45. minucie otrzymał czerwoną kartkę.

Numery. Dybala w Instituto AC Córdoba i US Palermo grał z dziewiątką na koszulce. W Juve występuje z 21. Numer ten przejął po Andrei Pirlo. To spore wyróżnienie, doświadczony Włoch był bowiem bardzo ważną postacią ekipy z Turynu. Przekazanie jego numeru tak młodemu zawodnikowi jak Paulo jest dowodem na to, jak wielkie nadzieje pokładają w nim szefowie Starej Damy.

Ojciec. Adolfo Dybala nie był profesjonalnym piłkarzem, grał jedynie w drużynie oldbojów C.A.B Newell's Old Boys. Na życie zarabiał jako dyrektor basenu. Przed laty miał sen, w którym jego syn zostaje sławnym piłkarzem. Okazało się, że była to zapowiedź prawdziwych wydarzeń. Niestety, Adolfo nie może cieszyć się z sukcesów Paula. Kilka lat temu zmarł bowiem na raka trzustki. As Juve przyznaje, że tata był jego pierwszym trenerem, piłkarskim opiekunem i mentorem. Dybala ma dwóch braci, Gustava i Mariana, ale żaden z nich jest profesjonalnym piłkarzem.

Polska. W 2011 roku Dybala otrzymał propozycję gry w koszulce z orzełkiem na piersi. Maciej Chorążyk, koordynator skautingu zagranicznego PZPN, złożył mu ją przez... prywatną wiadomość na Facebooku. Piłkarz odmówił, zapewniając, że interesują go tylko występy dla Argentyny. Gdy zdjęcia z tej konwersacji zostały niedawno upublicznione, internauci nie kryli oburzenia nieprofesjonalnym zachowaniem wysłannika polskiej futbolowej centrali.

Trzeba jednak pamiętać, że w 2011 roku, kiedy oferta została Dybali przedstawiona, miał on 17 lat i dopiero zaczynał przygodę z seniorską piłką w Instituto Atlético Central Córdoba. PZPN tłumaczy się, że Paulo był wtedy nieznanym nastolatkiem, który wcale nie musiał zostać gwiazdą, a koszty wysłania kogoś do Argentyny, by porozmawiał z nim w cztery oczy, były jak na ówczesne możliwości związku zbyt duże, stąd taka a nie inna forma propozycji. Władze Palermo okazały się bardziej przewidujące i niedługo potem ściągnęły Dybalę do siebie za prawie 12 mln euro.

W 2015 roku w wywiadzie z Mateuszem Święcickim dla "Wirtualnej Polski" Dybala powiedział, że w przyszłości wystąpi o polski paszport i zagra w polskim klubie. Lukas Podolski też zapowiadał, że zakończy karierę w Górniku Zabrze. Czas pokaże, czy obaj zrealizują swoje obietnice.

Real Madryt. Królewscy tego lata będą chcieli dokonać przynajmniej jednego spektakularnego transferu. Numerem jeden na ich liście życzeń jest właśnie Paulo Dybala. By go pozyskać, muszą być gotowi wyłożyć ogromne pieniądze, dużo powyżej 100 mln euro. W grę wchodzi też wymiana. Ponoć Florentino Perez spotkał się z Dybalą, by namówić go do przejścia do Realu. Co więcej, piłkarz wyraził nawet wstępną zgodę. Problemem pozostaje cena. Według nieoficjalnych informacji Stara Dama jedną ofertę za Argentyńczyka już odrzuciła. Królewscy proponowali 91 mln euro i Alvaro Moratę. Szefowie Juve chcieli Toniego Kroosa lub Lukę Modricia, na co ze zrozumiałych względów zgodzić nie mogły się władze Realu. Latem negocjacje z pewnością zostaną wznowione, a do stołu oprócz przedstawicieli Królewskich zasiądą też wysłannicy m.in. Manchesteru City i FC Barcelona.

Statystyki. W tym sezonie Serie A Dybala strzelił do tej pory 16 goli we wszystkich rozgrywkach. Do tego dorzucił 8 asyst. W Serie A oddał 70 strzałów na bramkę, połowa z nich była celna, a  po ośmiu piłka wpadła do siatki. Częściej w Juve uderzał tylko Gonzalo Higuain. Paulo wykreował kolegom 44 okazje bramkowe - trzeci wynik w Juventusie po Miralemie Pjaniciu i Aleksie Sandro. Podawał z 86-procentową skutecznością, a zwycięsko zakończył 56% starć jeden na jednego. Liczby w pełni nie pokazują jednak jego wpływu na grę zespołu z Turynu, który jest ogromny. Bez niego Stara Dama nie byłaby tak niebezpieczną i jednocześnie zbilansowaną drużyną. Dybala bowiem oprócz znakomitej dyspozycji w ofensywie nie oszczędza się również w obronie, czego najlepszym przykładem oba mecze ćwierćfinałowe Champions League przeciwko Barcelonie.

W poprzednim sezonie Serie A Dybala miał jeszcze bardziej imponujące statystyki. Oddał 107 strzałów (czwarty wynik w lidze), zdobył 19 goli i został wicekrólem strzelców. Wykreował też 73 okazje bramkowe, tylko Marek Hamsik, Borja Valero i Miralem Pjanić stworzyli ich więcej. Do tego wygrał 61% pojedynków, a 85% jego podań dotarła do adresata.



Trykoty. Dybala ma całkiem pokaźną kolekcję koszulek, które zbierał w czasach gry w Palermo, a zwłaszcza w ostatnim z sezonów spędzonych w tym sycylijskim klubie. Są wśród nich trykoty m.in. Gianluigiego Buffona, Carlosa Téveza, Mesuta Özila, Mauro Icardiego oraz jego przyjaciela Juana Iturbe, obecnie grającego w Torino.

US Palermo. 29 kwietnia 2012 roku prezydent tego klubu Maurizio Zamparini ogłosił podczas konferencji prasowej: "Pozyskaliśmy Paula Dybalę, nowego Sergia Agüero". Jeszcze tego samego dnia dyrektor Instituto, José Teaux, wydał oświadczenie, w którym poinformował, że osoba prowadząca negocjacje z Palermo w sprawie Dybali nie miała pełnomocnictw zarządu. Wydawało się, że sprawa transferu umarła. 20 lipca tego samego roku Orły jednak dopięły swego, podpisując z La Joyą czteroletni kontrakt. Klub z Cordoby otrzymał za swoją młodą gwiazdę 11,9 mln euro.

Dybala zadebiutował w Serie A 2 września. Jego nowa drużyna przegrała z Lazio 0:3, a on pojawił się na boisku na ostatnie 32 minuty, zastępując Jasmina Kurticia. Przez trzy lata pobytu w klubie z Sycylii rozegrał 93 mecze (w tym 28 w Serie B w sezonie 2013/2014), w których zdobył 21 bramek, a przy 16 asystował. Zwłaszcza sezon 2014/2015 był dla niego bardzo udany. Strzelił w nim 13 goli i zanotował 10 ostatnich podań. Z Franco Vasquezem stworzył genialny duet, którego zazdrościli Palermo trenerzy w całej Europie.

Wyróżnienia. Według wielu fachowców Dybala to przyszły zdobywca Złotej Piłki. Na razie indywidualnych laurów nie ma zbyt wielu, a jedyne, czym może się pochwalić to nagroda dziennika La Voz dla najbardziej obiecującego gracza Argentyny w 2011 roku, miejsce w galerii sław Instituto Atlético Central Córdoba, do której trafił w 2013 roku, oraz w najlepszej jedenastce Serie A sezonu 2015/2016, a także tytuł najlepszego asystenta ligi rok wcześniej. Po transferze do Juventusu poczuł za to smak wygrywania trofeów - medale za mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Włoch wiszą już w jego domowej gablocie. Czy w tym roku dołączy do nich ten za zwycięstwo w Lidze Mistrzów?

Zalety. Dybala to gracz uniwersalny. Może być zarówno dziewiątką, cofniętym napastnikiem, skrzydłowym czy ofensywnym pomocnikiem. Dzięki swojej szybkości, zwinności i genialnej technice na każdej pozycji się sprawdza. Choć mierzy tylko 177 cm, wygrywa pojedynki główkowe z wyższymi i potężniejszymi od siebie. Nie jest typem atlety, a zastawia piłkę lepiej niż niejeden osiłek. Dobrze odnajduje się też w kombinacyjnej grze na małej przestrzeni. Dybala to także mistrz asyst, który potrafi zagrać nieszablonowe podanie, niezwykle trudne do rozszyfrowania dla obrońców rywala. Do tego dysponuje potężnym strzałem z lewej nogi, a stałe fragmenty gry wykonuje nie gorzej od samego Lionela Messiego. Piłkarz kompletny? Jeszcze nie, ale za sezon, dwa może się takim stać.

piątek, 24 marca 2017

Bramkarscy prymusi, czyli o golkiperach, którzy robią różnicę

David de Gea miał w Manchesterze United trudny początek.
Dziś trudno sobie wyobrazić tę drużynę bez niego.
źródło: wikipedia.org, autor: Ardfern
Przerwa na mecze reprezentacji to doskonała okazja, by... poddać analizie rozgrywki ligowe, które właśnie wkraczają w decydującą fazę. Bez względu na to, czy drużyna walczy o mistrzostwo, miejsce premiowane grą w europejskich pucharach, czy też broni się przed spadkiem, dobrze jest, gdy ma w składzie golkipera potrafiącego wyjść obronną ręką z sytuacji, w których nikt tego od niego nie oczekuje. Paradoksalnie, im słabsza ekipa, tym większy wpływ na jej wyniki zawodnika strzegącego dostępu do bramki. Właśnie graczom występującym na tej pozycji w pięciu najsilniejszych ligach Europy postanowiłem przyjrzeć się bliżej i ubrać w liczby ich rolę w zespole.

Czyste konto

Jeśli ktoś nazywa się Pelé, nie może być słabym piłkarzem. Yohann, bramkarz Olympique Marsylia, z pewnością renomy tego magicznego piłkarskiego nazwiska nie obniża. Choć trudno w to uwierzyć, Olimpijczycy w tym sezonie Ligue 1 przegrali już bowiem 10 meczów, np. z PSG aż 1:5 czy 1:4 z Monaco, w sumie tracąc 37 goli, żaden inny golkiper w pięciu najsilniejszych ligach Europy nie kończył meczu niepokonany częściej od niego. 34-letni zawodnik zaliczył w tym sezonie już 14 takich meczów na 30 rozegranych.

Manuel Neuer nie daje się zaskoczyć średnio w co drugim spotkaniu, a w trwającej kampanii Bundesligi kapitulował tylko trzynastokrotnie w 25 meczach. Wojciech Szczęsny i Łukasz Skorupski też mają się czym pochwalić. 12 czystych kont tego pierwszego w obecnym sezonie czyni z niego najlepszego pod tym względem bramkarza w Serie A. Bardziej imponujący jest jednak wynik byłego zawodnika Górnika Zabrze - 10 meczów bez puszczonego gola - gdyż osiągnął go jako zawodnik słabego Empoli. Poniżej lista dziesięciu golkiperów, których pokonać jest najtrudniej w kampanii 2016/2017. Obok liczby meczów z czystym kontem podaję procent, jaki stanowiły one w całkowitej liczbie rozegranych przez danego zawodnika spotkań ligowych.



1. Yohann Pelé (Olympique Marsylia) - 14 (47%)*
2. Manuel Neuer (Bayern Monachium) - 13 (52%)
3. Thibaut Courtois (Chelsea FC) - 13 (46%)
4. Sergio Asenjo (Villarreal CF) - 12 (50%)
5. Danijel Subasić (AS Monaco) - 12 (45%)
6. Yoan Cardinale (OGC Nice) - 12 (43%)
7. Wojciech Szczęsny (AS Roma) - 12 (41%)
8. Anthony Lopes (Olympique Lyon) - 11 (39%)
9. Marc-André ter Stegen (FC Barcelona) - 11 (42%)
10. Kevin Trapp (Paris Saint-Germain) - 10 (69%)
11. Etrit Berisha (Atalanta BC) - 10 (50%)
12. Stéphane Ruffier (AC Saint-Étienne),
      Gianluigi Buffon (Juventus FC) - 10 (44%)
14. Ciprian Tatarusanu (ACF Fiorentina) - 10 (41%)
15. Hugo Lloris (Tottenham Hotspur) - 10 (40%)
16. David de Gea (Manchester United)
      Łukasz Skorupski (Empoli FC) - 10 (37%)
18. Gianluigi Donnarumma (AC Milan)
      Stefano Sorrentino (Chievo Werona) - 10 (35%)
20. Thomas Didillon (Metz) - 9 (32%)

Spece od jedenastek

Przeciwko Empoli FC w tym sezonie Serie A sędziowie podyktowali już 8 rzutów karnych. Valencii arbitrzy też nie sprzyjają, gdyż aż siedmiokrotnie odgwizdywali przewinienia popełnione przez jej zawodników we własnym polu karnym. Na szczęście obie ekipy mają w składach prawdziwych fachowców od bronienia jedenastek - Łukasza Skorupskiego i Diega Alvesa. Polak w trwających rozgrywkach włoskiej ekstraklasy trzykrotnie nie dał się pokonać z jedenastu metrów, Brazylijczyk cztery razy.



Na liście jest aż trzech polskich golkiperów - poza Skorupskim Artur Boruc i Wojciech Szczęsny - co tylko potwierdza znakomitą jakość tego rodzaju piłkarskich fachowców znad Wisły i podtrzymuje legendę o "polskiej szkole bramkarskiej".

Gianluigi Donnarumma w tym sezonie już ośmiokrotnie miał okazję sprawdzić się w bronieniu rzutów karnych. Udało mu się dwukrotnie, a w dwóch przypadkach jego postura, pewność siebie i otaczająca go aura cudownego dziecka futbolu sprawiła, że gracz rywala pudłował. Podobne statystyki ma szwedzki bramkarz EA Guingamp, Karl-Johann Johnsson, z tą różnicą, że on zostawał poddawany próbie nieco rzadziej, bo siedmiokrotnie.

1. Diego Alves (Valencia CF) - 4/7
2. Ralf Fährmann (Schalke 04 Gelsenkirchen) - 3/5
3. Łukasz Skorupski (Empoli FC) - 3/8
4. Mario Fernandez (Osasuna)
    Gorka Iraizoz (Athletic Bilbao)
    Stéphane Ruffier (AC Saint-Étienne)
    Péter Gulácsi (RB Lipsk) - 2/3
    Marten Stekelenburg (Everton) - 2/3
9. Artur Boruc (AFC Bournemouth)
    Danijel Subasić (AS Monaco)
    Wojciech Szczęsny (AS Roma)
    Simon Mignolet (Liverpool FC) - 2/4
13. Federico Marchetti (SS Lazio)
      Fernando Pacheco (Deportivo Alaves)
      Alexander Schwolow (SC Freiburg) - 2/5
16. Jean-Luis Leca (SC Bastia)
      Alex Cordaz (Crotone)
      Karl-Johann Johnsson (EA Guingamp) - 2/7
19. Iván Cuéllar (Sporting Gijon)
      Gianluigi Donnarumma (AC Milan) - 2/8

Zapracowani

Im słabsza drużyna, tym bramkarz ma więcej roboty, chyba że... jest słaby i przepuszcza większość strzałów zmierzających do bramki. O takich jednak nie będę wspominał. W sezonie 2016/2017 mianem najbardziej zapracowanego golkipera w pięciu najsilniejszych ligach Europy należy określić Guillerma Ochoę z Granady, który w 28 meczach interweniował 110 razy. Mimo tego puścił aż 58 goli. Tylko Albano Bizzarri z Pescary i Łukasz Fabiański ze Swansea mają gorsze bilanse. Pierwszy dał się zaskoczyć 68-krotnie, drugi 63 razy.



Prawie tak samo często jak Meksykanin interweniuje Gianluigi Donnarumma. 18-letni golkiper Milanu w trwającej kampanii Serie A obronił już 104 strzały. To w dużej mierze dzięki niemu Rossoneri wciąż liczą się w walce o miejsce premiowane grą w Lidze Europy, a przy okazji mogą się pochwalić szóstą najlepszą defensywą w lidze! Donnarumma jest świetny zarówno na linii, jak i na przedpolu. Potrafi też bronić rzuty karne, a to wszystko w tak młodym wieku. Na razie jego kariera rozwija się w tempie, z jakim bolid Formuły 1 mknie po najdłuższej prostej toru Monza. Jest też podobna do tej Ikera Casillasa, który jednak pojawił się w pierwszym składzie Królewskich nieco później niż Gianluigi w Milanie.

1. Guillermo Ochoa (Granada) - 110 w 28 meczach
2. Gianluigi Donnarumma (AC Milan) - 104/29
3. Andrea Consigli (US Sassuolo) - 92/29
4. Albano Bizzarri (Pescara) - 90/29
5. Łukasz Skorupski (Empoli FC) - 89/27
6. Baptiste Reynet (Dijon FCO)
    Antonio Adán (Real Betis)
    Alex Cordaz (Crotone) - 88/27
9. Stefano Sorrentino (Chievo Werona) - 87/29
10. Yohann Pelé (Olympique Marsylia) - 87/30
11. Thomas Didillon (Metz) - 86/29
12. Josip Posavec (US Palermo) - 80/28
13. Iván Cuéllar (Sporting Gijon)- 79/26
14. Samir Handanović (Inter Mediolan)
      Sergio Rico (Sevilla FC) - 77/29
16. Wojciech Szczęsny (AS Roma) - 76/29
17. Ben Foster (West Bromwich Albion) - 76/28
18. Łukasz Fabiański (Swansea City) - 75/29
19. Tom Heaton (Burnley) - 74/26
20. Joe Hart (Torino FC) - 74/27

Najcenniejsi

W pierwszej dwudziestce golkiperów o największej rynkowej wartości według portalu Transfermarkt.de jest jeden Polak - Wojciech Szczęsny. Wyceniany na 14 mln euro zawodnik zajmuje 15. miejsce. Listę otwiera oczywiście Manuel Neuer, którego wartość od prawie dwóch lat szacuje się na 45 mln. Trudno spodziewać się, że jeszcze wzrośnie, gdyż Niemiec jest coraz starszy, a kilku młodszych kolegów po fachu coraz odważniej próbuje zrzucić go z bramkarskiego piedestału.

Liderami tej grupy pościgowej są 24-letni Thibaut Courtois i od dwa lata od niego starszy David de Gea. Każdego z nich fachowcy z niemieckiego portalu wyceniają na 40 mln euro. Belg jest lepszy od Hiszpana w grze w powietrzu, a Hiszpan od Belga w wykonywaniu długich podań. Refleks obaj mają rewelacyjny, dzięki czemu znakomicie grają na linii. Trudniej ma prawie dwumetrowy Courtois, który jest o siedem centymetrów wyższy od De Gei, mimo to dorównuje mu zwinnością.

Niektórzy gracze z pierwszej dwudziestki listy Transfermarktu są mocno przeceniani. Sergio Rico jest niezłym bramkarzem, ale na pewno nie wartym 20 mln euro. Dziwi też wciąż wysoka wycena Fernanda Muslery, od lat niemającego kontaktu z piłką na najwyższym europejskim poziomie. Najbardziej niedoceniony wydaje się natomiast Samir Handanović. Na jego wartość rzutują jednak słabe wyniki Interu Mediolan. Jeśli zmieniłby pracodawcę na takiego z większymi ambicjami i możliwościami, z pewnością byłby wyżej w zestawieniu niemieckiego portalu.

1. Manuel Neuer (Bayern Monachium) - 45 mln euro
2. Thibaut Courtois (Chelsea FC)
    David de Gea (Manchester United) - 40 mln euro
4. Jan Oblak (Atlético Madryt) - 35 mln euro
5. Hugo Lloris (Tottenham Hotspir) - 24 mln euro
6. Marc-André ter Stegen (FC Barcelona) - 22 mln euro
7. Gianluigi Donnarumma (AC Milan)
    Sergio Rico (Sevilla FC)
    Keylor Navas (Real Madryt) - 20 mln euro
10. Mattia Perrin (Genoa CFC) - 18 mln euro
11. Bernd Leno (Bayer Leverkusen)
      Rui Patricio (Sporting CD) - 16 mln euro
13. Fraser Forster (Southampton FC)
      Joe Hart (Torino FC) - 15 mln euro
15. Anthony Lopes (Olympique Lyon)
      Fernando Muslera (Galatasaray Stambuł)
      Wojciech Szczęsny (AS Roma) - 14 mln euro
18. Samir Handanović (Inter Mediolan) - 12,5 mln euro
19. Ederson (SL Benfica)
      Jasper Cillessen (FC Barcelona)
      Claudio Bravo (Manchester City)
      Igor Akinfiejew (Zenit Sankt Petersburg) - 12 mln euro

Ciężko ocenić ile punktów wywalczyli dla swoich drużyn wymienieni wyżej bramkarze w tym sezonie. Gdy dany golkiper obroni podczas meczu czternaście z piętnastu strzałów na bramkę, a jego drużyna zremisuje 1:1, to jest ojcem sukcesu w postaci zdobytego punktu czy może raczej kimś, przez kogo zespół nie wygrał? Napastnik, który zmarnuje pięć dogodnych okazji, ale jedną wykorzysta, jest doceniany, chwalony za strzelonego gola bardziej niż ganiony za zaprzepaszczone szanse. Bramkarz odwrotnie. Jeśli obroni w znakomitym stylu mnóstwo strzałów, a w przypadku tego jednego nie da rady, w najlepszym wypadku zostanie w pomeczowym komentarzu dziennikarskim pominięty.

To najbardziej niewdzięczna pozycja na boisku. Paradoksalnie, im w lepszym klubie się gra, tym trudniej. Interwencji jest bowiem mniej, ale trzeba być czujnym jak ważka przez cały mecz, bo nigdy nie wiadomo, kiedy rywal uderzy. Np. taki golkiper Barcelony w starciu z ligowym słabeuszem z reguły nudzi się przez cały mecz, może być tak, że nie będzie miał w tym czasie żadnej interwencji. Gdy jednak w 90. minucie rywalom uda się zrobić w końcu składną akcję, a on się zdrzemnie i wpuści piłkę do swojej bramki, ma przechlapane. Media skupiają się wtedy wyłącznie na jego błędzie, zaczynają sugerować więcej pracy nad koncentracją, a ci wredniejsi nawet zmianę bramkarza itp.

Łatwiej mają golkiperzy aspirujący do bycia wielkimi niż ci, którzy na piłkarski Olimp się już wdrapali. Ci pierwsi z reguły grają w słabszych ekipach, więc okazji do udowadniania swoich umiejętności mają co niemiara. Jeśli przejdą do topowego klubu, ich sytuacja zmienia się diametralnie. Teraz każdym kopnięciem piłki, każdym chwytem, piąstkowaniem czy wybiciem muszą potwierdzać swoją wyjątkowość. Są jak saperzy na ogromnym polu z niewielką liczbą min. Wiedzą, że dużo się nie narobią, ale każdy oczekuje od nich tego, że tę jedną pułapkę czy dwie, które gdzieś się zawieruszą, szybko i fachowo unieszkodliwią.

* źródła danych: Transfermarkt.de, Squawka.com, Whoscored.com

poniedziałek, 20 marca 2017

Operacja "Czarnogóra". Jak spisywali się kadrowicze Nawałki w ostatnich miesiącach?

Jesień była w wykonaniu reprezentacji Polski udana.
Jak Robert Lewandowski i spółka zaczną wiosnę?
źródło: laczynaspilka.pl
Przed Biało-Czerwonymi ważny mecz w Podgoricy z wiceliderem grupy E, Czarnogórą. Ewentualne zwycięstwo umocni ich na pierwszym miejscu w tabeli i przybliży do awansu do mundialu w Rosji. Od ostatniego spotkania reprezentacji, towarzyskiego ze Słowenią 14 listopada we Wrocławiu, minęło ponad cztery miesiące. Jak w tym czasie prezentowali się kadrowicze w swoich klubach? Kto jest w wysokiej formie, a kto wręcz przeciwnie? Kogo powinien posłać w bój trener Nawałka w najbliższą niedzielę? Zapraszam do lektury mojego raportu.

BRAMKARZE

Łukasz Fabiański niezmiennie jest pewnym punktem Łabędzi, które pod wodzą nowego trenera, Paula Clementa, nabrały wigoru i wydostały się ze strefy spadkowej. Od ostatniego zgrupowania kadry były bramkarz Legii wystąpił we wszystkich ligowych spotkaniach swojej drużyny. Jego średnia nota w portalu Whoscored.com wyniosła 6,5. Najsłabszy w jego wykonaniu był mecz na Stamford Bridge, który Swansea przegrała 1:3. Najlepszy - zremisowany ten z Evertonem, zremisowany 1:1. To on powinien stanąć między słupkami podczas starcia z Czarnogórą.

Łukasz Skorupski w Empoli ma bardzo mocną pozycję. Od listopada zagrał we wszystkich siedemnastu meczach Azzurrich w Serie A. Puścił w nich 33 gole, ale bez niego w bramce drużyna ze Stadio Carlo Castellani straciłaby ich znacznie więcej. Dowodzi tego m.in. średnia nota byłego bramkarza Górnika Zabrze w portalu Whoscored.com, która wyniosła w tych meczach 7,08.

Wojciech Szczęsny rywalizuje o miejsce w bramce AS Roma z Allisonem. Polak gra w Serie A, a Brazylijczyk w Lidze Europy i Pucharze Włoch. W ekstraklasie wypożyczony z Arsenalu golkiper wystąpił w siedemnastu meczach (średnia nota w Whoscored.com - 7,05), w których dał się zaskoczyć piętnaście razy. Do jego postawy trudno mieć zarzuty. Broni to, co ma bronić, czasem błyśnie genialną interwencją, jest pewnym punktem Romy. Z reguły ma znacznie mniej pracy niż jego konkurenci do miejsca w reprezentacyjnej bramce, gra bowiem w dużo silniejszej drużynie, a wykonanie dwóch, trzech udanych interwencji przez 90 minut jest czasem trudniejsze niż bronienie strzału za strzałem. Szczęsny w Rzymie wydoroślał. Podczas meczów jest bardziej skoncentrowany, spokojniejszy i pewniejszy siebie. By wskoczyć do reprezentacyjnej bramki, musi jednak liczyć na zniżkę formy Fabiańskiego.

OBROŃCY

Bartosz Bereszyński po transferze z Legii do Sampdorii Genua potrzebował trochę czasu, by zaaklimatyzować się w nowym zespole. Jego debiut, 19 stycznia w meczu Pucharu Włoch, nie był udany. Sampdoria przegrała z Romą 0:4, a Polak zawiniły przy trzecim golu. Potem było już lepiej. Od 29 stycznia do 26 lutego Bereszyński zagrał w pięciu ligowych meczach z rzędu, w których spisał się dobrze, o czym świadczy średnia nota 7,07 w portalu Whoscored.com. Ostatnie dwa spotkania w Serie A, z Genoą i Juventusem, oglądał jednak z ławki rezerwowych.

Thiago Cionek, stoper Palermo, jest we Włoszech ceniony bardziej niż w Polsce. W tym sezonie Serie A rozegrał już 20 meczów (od listopada do teraz - dwanaście), zdecydowaną większość od pierwszej do ostatniej minuty. Co więcej, prezentował się w nich naprawdę dobrze, ani razu nie uzyskując za swój występ noty niższej niż 6, co w tak wymagającej lidze jak włoska jest sporym osiągnięciem.

Igor Lewczuk, mimo że w Girondins Bordeaux gra dopiero kilka miesięcy, zdążył sobie wywalczyć silną pozycję w drużynie. Gdy tylko jest zdrowy, ma pewne miejsce w pierwszej jedenastce. Niestety, nie zawsze jest. Były stoper Legii cały luty pauzował z powodu problemów z biodrem, do gry wrócił dopiero 11 marca w meczu z Monaco. Grał też pełne 90 minut w miniony weekend, a jego drużyna pokonała Montpellier aż 5:1. W tym sezonie Ligue 1 Lewczuk już dwukrotnie był wybierany do jedenastki kolejki przez dziennik "L'Equipe".

Łukasz Piszczek w ostatnich miesiącach błyszczy w Borussii Dortmund. Od listopada rozegrał w sumie 17 spotkań w Bundeslidze, Champions League i Pucharze Niemiec. Strzelił w nich 3 gole i zanotował taką samą liczbę asyst. Został nawet wybrany najlepszym graczem 21. kolejki niemieckiej ekstraklasy. Taki zaszczyt spotyka z reguły skrzydłowych, ofensywnych pomocników lub snajperów. Jeśli więc przypada w udziale prawemu obrońcy, świadczy to o jego piłkarskim geniuszu. Piszczkowi niestety zdarzają się drobne urazy, które wybijają go z meczowego rytmu, ale i tak ostatnio na zdrowie narzekać nie może. To jeden z filarów reprezentacji, bez którego trudno sobie wyobrazić drużynę Adama Nawałki.

Kamil Glik jest ostoją defensywy AS Monaco i jednym z najlepszych stoperów Ligue 1, wybranym do jedenastki rundy jesiennej tych rozgrywek przez francuski oddział Eurosportu. Od listopadowego zgrupowania kadry wychowanek MOSiR-u Jastrzębie-Zdrój opuścił zaledwie trzy mecze Monaco - dwa z powodu problemów mięśniowych i jeden, rewanż 1/8 finału Ligi Mistrzów z Manchesterem City, wskutek zawieszenia za nadmiar żółtych kartek. Były kapitan Torino jest skuteczny nie tylko w destrukcji, ale także w ofensywie. We wspomnianym okresie wpisywał się na listę strzelców dwukrotnie, miał też asystę. Kamyczkiem do ogródka polskiego stopera jest jedynie występ na Etihad Stadium przeciwko Obywatelom. Szybcy i znakomicie wyszkoleni gracze Josepa Guardioli nieco go przytłoczyli, wykorzystując jego słabe strony. Na szczęście Czarnogóra nie ma w składzie piłkarzy pokroju Sergia Aguero i spółki.

Michał Pazdan jest dla Legii Warszawa jak Glik dla Monaco. Gdy jest zdrowy, gra zawsze. Od listopada w LOTTO Ekstraklasie wystąpił w jedenastu meczach, z których mistrzowie Polski przegrali tylko jeden - z Ruchem Chorzów 1:3. Zaliczył też po dwa mecze z Champions League, w tym ten z Borussią w Dortmundzie przegrany aż 4:8, i Lidze Europy z Ajaksem. Zdarzały mu się niepewne interwencje, ale było ich niewiele. Pazdan nie jest może w tak wysokiej formie jak podczas Euro 2016, ale z pewnością wyjdzie w pierwszym składzie w Podgoricy.

Artur Jędrzejczyk zimą zamienił FK Krasnodar na Legię. W LOTTO Ekstraklasie zdążył zagrać sześć meczów - pięć jako prawy obrońca i jeden w roli stopera. Zanotował w nich asystę i obejrzał dwie żółte kartki. Do jego postawy na boisku można mieć sporo zarzutów - zbyt często podaje niecelnie, wyprowadzając piłkę. Za rzadko włącza się w akcje ofensywne zespołu. Do tego popełnia proste błędy techniczne i bywa w trakcie meczu rozkojarzony. Przed Adamem Nawałką trudna decyzja, kogo ustawić na lewej obronie w meczu z Czarnogórą - Jędrzejczyka, który gra przeciętnie i do tego na przeciwległej stronie boiska, czy grzejącego ławę w Lyonie Macieja Rybusa. Wybór tylko pozornie jest prosty.

Maciej Sadlok zaczął grać lepiej razem ze wzrostem formy całej Wisły Kraków. Adam Nawałka ma problem obsadzeniem lewej strony obrony, a graczy z polskim paszportem, którzy mogliby z powodzeniem wystąpić na tej pozycji na arenie międzynarodowej, jest niewielu. Stąd powołanie dla Sadloka. To środkowy obrońca ustawiany na boku defensywy, któremu bliżej do Jędrzejczyka niż Rybusa. W destrukcji jest całkiem niezły, ale w ofensywie jego braki techniczne i szybkościowe zbyt często dają o sobie znać, potrafi za to potężnie uderzyć z dystansu. Od ostatniego zgrupowania reprezentacji tylko dwukrotnie nie pojawił się na murawie w meczu Wisły - w Pucharze Polski z Lechem (2:4) i w lidze z Pogonią w Szczecinie (2:6). Bez niego zespół z Krakowa w zaledwie dwóch spotkaniach stracił więcej goli niż w dziesięciu pozostałych, w których Sadlok grał.

POMOCNICY

Jakub Błaszczykowski dopiero pod koniec lutego wrócił do pierwszej jedenastki Wolfsburga, z której na dobre wypadł po przegranym przez jego drużynę meczu z Bayernem 0:5 w 10 grudnia. Od starcia z Werderem zagrał po 90 minut w każdym z czterech ligowych starć Wilków, a portal Whoscored.com oceniał go odpowiednio na 6,61 (z Werderem), 6,89 (z Mainz), 7,18 (z RB Lipski) i 7,16 (z Darmstadt) w ostatni weekend. Krótko mówiąc, Polak prezentował się w nich lepiej niż dobrze. W ubiegłym tygodniu w mediach pojawiła się informacja, że Kuba może z Czarnogórą nie zagrać z powodu urazu pleców. Na szczęście uraz nie okazał się poważny i Błaszczykowski powinien być do dyspozycji selekcjonera w najbliższą niedzielę.

Karol Linetty pewnego miejsca w pierwszym składzie Sampdorii nie ma, ale gra regularnie. Od listopada wystąpił w 17 meczach - 16 ligowych i jednym w Coppa Italia. 10 razy wychodził w podstawowej jedenastce, ale tylko pięciokrotnie dotrwał do ostatniej minuty meczu. Były Lechita we Włoszech jest ceniony, swoją grą co prawda na kolana nikogo nie rzucił, ale zaliczył kilka bardzo dobrych meczów, m.in. 4 grudnia z Torino (2:0), 5 lutego z Milanem (1:0) czy 11 marca w derbach z Genoą (1:0). W każdym z nich dostał od portalu Whoscored.com notę powyżej 7. To właśnie na niego, a nie Grzegorza Krychowiaka powinien postawić Adam Nawałka w niedzielę.

Maciej Rybus od trzech miesięcy grzeje ławę w Lyonie. W tym roku przebywał na murawie w meczach o punkty zaledwie przez 22 minuty. Polak padł ofiarą zmiany systemu taktycznego drużyny. Bruno Genesio zimą porzucił ustawienie 1-3-5-2 na rzecz 1-4-2-3-1. Od tego czasu były zawodnik Tereka Grozny przegrywa rywalizację z Jeremym Morelem, który wcale nie gra znakomicie, ale w defensywie błędów nie popełnia, a to, jak widać, jest dla trenera Olimpijczyków priorytetem. Rybus dużych szans na występ w Podgoricy nie ma, lecz jako zmiennik może być przydatny.

Paweł Wszołek w Anglii radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Od listopada do 20 marca wystąpił w osiemnastu z dwudziestu czterech meczów Queens Park Rangers, w jedenastu z nich od pierwszej do ostatniej minuty. Strzelił dwa gole, a przy trzech asystował. Ian Holloway stawia na niego regularnie. W ostatniej kolejce jednak dał mu odpocząć, a QPR wygrało z Rotherhamem aż 5:1.

Kamil Grosicki w styczniu przeniósł się do Anglii i od razu wskoczył do pierwszej jedenastki Hull City. Z nim w składzie Tygrysy pokonały Liverpool i Swansea, zremisowały z Burnley, a także przegrały z Leicester, Arsenalem i Evertonem. W tym ostatnim meczu Grosik jednak nie grał od początku, wszedł dopiero na ostatnie pół godziny. Na razie jego bilans w Premier League to 437 minut gry, 8 wykreowanych okazji bramkowych i tyle samo wygranych pojedynków, do tego 13 strzałów i asysta przy golu Samuela Clucasa w przegranym 1:3 meczu z Lisami. Całkiem nieźle, choć polskiego skrzydłowego stać na znacznie więcej. Obecnie najbardziej znany fan zespołu Akcent w Polsce jest w dobrej formie, o czym powinni przekonać się w niedzielę reprezentanci Czarnogóry.

Sytuacja Grzegorza Krychowiaka w PSG nie jest dobra. Od listopada były as Sevilli FC rozegrał zaledwie 342 minuty w lidze, 73 w Pucharze Francji i 68 w Lidze Mistrzów. Polak zdecydowanie przegrywa rywalizację z Adrienem Rabiotem, Blaise'em Matuidim, Thiago Mottą i Marco Verrattim. Dla kogoś, kto jeszcze niedawno był uznawany za jednego z najlepszych defensywnych pomocników Europy, to spory problem. Ostatnio w mediach pojawiła się informacja o jego kłótni z Presnelem Kimpembe. Jeśli jest prawdziwa, może świadczyć o tym, że Krychowiak coraz gorzej radzi sobie z tym, że nie gra. Co więcej, piłkarz ma zakaz wypowiadania się w mediach na tematy związane z PSG. Ciekawe, jak w tej sytuacji potraktuje go Adam Nawałka. Czy mu zaufa i desygnuje do gry od pierwszej minuty w meczu z Czarnogórą w uznaniu za jego zasługi dla kadry i ważną rolę, którą odgrywał w niej do tej pory, czy też posadzi na ławce i da szansę np. Karolowi Linettemu. Lepsza wydaje mi się ta druga opcja. Selekcjoner, dokonując takiego wyboru, dałby kadrowiczom jasny sygnał, że pierwsza jedenastka reprezentacji to miejsce dla graczy, którzy są w danym momencie w najwyższej formie, bez względu na to, jak się nazywają i jaki poziom prezentowali wcześniej.

Piotr Zieliński ma coraz mocniejszą pozycję w Napoli. Od zakończenia ostatniego zgrupowania kadry na 25 meczów Azzurrich wystąpił w 23, 12 z nich rozpoczynając w pierwszej jedenastce. Strzelił 5 goli i zanotował taką samą liczbę asyst. Były zawodnik Empoli najlepiej spisał się w meczu z Interem, 2 grudnia, kiedy to zdobył bramkę i asystował przy trafieniu Marka Hamsika. Portal Whoscored.com uznał go graczem tych zawodów i dał bardzo wysoką notę 8,87. Zieliński ma dopiero 22 lata, a trener Maurizio Sarri dobrze wie, jak takich graczy prowadzić. Może dlatego w ostatnich czterech meczach sadzał go na ławce rezerwowych, wpuszczając jedynie na ostatnie minuty. To mogła być taka lekcja pokory i ostrzeżenie, że piłkarską gwiazdą jeszcze nie jest, mimo tego, co piszą media, zwłaszcza w Polsce. Adam Nawałka raczej w podobny sposób w niedzielę nie postąpi. Miejsce Zielińskiego w reprezentacji jest bowiem w pierwszym składzie.

Jacek Góralski w reprezentacji zadebiutował 14 listopada 2016 roku w meczu towarzyskim ze Słowenią. Starał się, ale widać było, że do international level sporo mu jeszcze brakuje. Teraz też dostał powołanie od Nawałki. Selekcjoner szuka bowiem kogoś, kto mógłby zastąpić Krychowiaka. Góralski faktycznie mógłby, ale tylko teoretycznie. Na dziś to typowy ligowiec, który co prawda zasługuje na miejsce w kadrze, lecz bardziej jako wsparcie, zastępstwo, niż jako piłkarz z realnymi szansami na grę. Dla Jagiellonii Białystok jest ważny. Nie zagrał tylko w jednym z jej jedenastu ostatnich meczów, w dziewięciu spędzając na boisku 90 minut. Strzelił gola, miał dwie asysty i został ukarany trzema żółtymi kartkami. Nawałka lubi takich graczy jak on, charakternych nerwusów, walczących do upadłego za drużynę.

Sławomir Peszko od poprzedniego spotkania z kolegami z kadry zagrał w dziewięciu z jedenastu meczów Lechii Gdańsk. Zdobył w nich jedną bramkę i przy jednej asystował. Zobaczył za to aż cztery żółte kartki i czerwoną za uderzenie łokciem Tomasza Kędziory w spotkaniu z Lechem w Poznaniu. Za ten występek został zawieszony przez Komisję Ligi na trzy mecze i właśnie dlatego zabrakło go w dwóch ostatnich spotkaniach gdańszczan z Ruchem i Legią - oba podopieczni Piotra Nowaka przegrali 1:2. Tak chamskie zachowanie kadrowiczowi nie przystoi, ale każdemu czasem puszczają nerwy. Problem w tym, że Peszcze zdarzyło się to nie po raz pierwszy. Nie wiem, po co Nawałka powołuje tego piłkarza do reprezentacji. Słyszałem, że ponoć kreuje on dobrą atmosferę w szatni, ale i bez niego Lewandowski i spółka raczej by się nie pozabijali. Piłkarsko bowiem w ostatnich miesiącach ekslechita prezentuje się bardzo przeciętnie.

Krzysztof Mączyński to ulubieniec Nawałki i w kadrze będzie chyba nawet wtedy, gdy... zakończy karierę. Selekcjoner widzi w nim bowiem piłkarza lepszego niż faktycznie jest. Leo Beenhakker kiedyś miał podobnie z Tomaszem Zahorskim. Mączyński co prawda regularnie gra po 90 minut w Wiśle Kraków - od ostatniego zgrupowania kadry zagrał w takim wymiarze czasowym we wszystkich meczach Białej Gwiazdy, notując cztery asysty - ale niczym szczególnym się w nich nie wyróżnia. Robi po prostu, co do niego należy. Trzeba jednak przyznać, że na Euro Wiślak nie zawiódł, a w otoczeniu lepszych piłkarsko kolegów i on wydaje się być lepszy. Prawdopodobnie wybiegnie w pierwszym składzie w Podgoricy.

Damian Dąbrowski nie zagrał jedynie w dwóch z jedenastu ostatnich meczów Cracovii (z powodu urazu), jeden rozpoczął jako rezerwowy, w jednym też został zmieniony w przerwie. W pozostałych grał 90 minut. Jest wyróżniającym się graczem Cracovii, ale o to w regularnie zawodzącej kibiców drużynie, zajmującej obecnie przedostatnie miejsce w LOTTO Ekstraklasie, wcale nie jest trudno. 

NAPASTNICY

Łukasz Teodorczyk od 14 listopada rozegrał w barwach Anderlechtu 21 meczów, w 19 z nich wybiegał w pierwszym składzie. W sumie zdobył 13 goli. Latem 2016 roku przychodził do Anderlechtu jako napastnik przegrany, który nie przebił się w Dynamie Kijów. Dziś piszą o nim piłkarskie gazety nie tylko w Polsce, jest wyceniany na około 10 mln euro i uchodzi za jednego z ciekawszych napastników na Starym Kontynencie. W kadrze jednak wciąż nie udowodnił swojej przydatności, pozostając w cieniu Roberta Lewandowskiego i Arkadiusza Milika. Jeśli Nawałka zdecyduje się zagrać w Podgoricy dwoma napastnikami, bombardier Fiołków powinien partnerować asowi Bayernowi w ataku.

Kamil Wilczek przyjechał na zgrupowanie kadry w świetnym nastroju. Nie mogło być jednak inaczej, w weekend były gracz Piasta Gliwice w zaledwie 20 minut strzelił bowiem hat-tricka, a jego Broendby pokonało Lyngby FC 3:2. Polak w ten sposób przerwał passę bez zdobytego gola, która trwała już od siedmiu meczów. W poprzednich dziewięciu meczach drużyny z Kopenhagi 29-letni snajper zdobył zaledwie gola, mimo że w każdym z nich grał od pierwszej minuty.

Arkadiusz Milik od momentu powrotu do treningów po kontuzji kolana spędził na boisku w meczach o punkty łącznie 156 minut. Napastnik drużyny z Neapolu powoli wraca do dyspozycji z pierwszej części sezonu 2016/2017, ale potrzebuje czasu, by dojść do wysokiej formy. Pomocny byłby w tej "terapii" gol. W reprezentacji ostatnio strzelał sporo, może więc w Podgoricy też mu się uda. W pierwszej jedenastce raczej jednak nie wystąpi, ale bardzo prawdopodobne, że trener wpuści go na boisko na ostatni kwadrans, zwłaszcza jeśli wynik będzie korzystny dla Biało-Czerwonych.

Robert Lewandowski regularnie zachwyca swoją grą rywali, kibiców i ekspertów. Od momentu opuszczenia ostatniego zgrupowania kadry snajper Bayernu zdobył 19 goli w 21 meczach! W tym sezonie był już czterokrotnie wybierany piłkarzem kolejki w Bundeslidze i jest spora szansa, że to nie koniec. Lewy trafia do bramki regularnie, ale wciąż wygląda na kogoś, kto uważa, że powinien trafiać jeszcze częściej. Jeśli w Podgoricy zaprezentuje taką formę jak ostatnio w Bayernie, Czarnogórę może pokonać w pojedynkę.

niedziela, 12 marca 2017

Futbol dwóch prędkości

Bogate kluby dążą do utworzenia superligi, która zwiększy
ich przychody. Wkrótce dopną swego. Wówczas futbol czeka
prawdziwa rewolucja.
źródło: thefootyblog.net
Bogaci są coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi. Rozwarstwienie społeczne rośnie na całym świecie. Unia Europejska w obecnym kształcie wkrótce przejdzie do historii. Zamożne państwa coraz głośniej mówią o stworzeniu superunii, mają bowiem dość subsydiowania biedniejszych krajów i wyciągania ich z budżetowych problemów. Trend ten jest widoczny także w futbolu. Potęgi europejskiej piłki chcą zarabiać jeszcze więcej pieniędzy, stąd nowa formuła Ligi Mistrzów (od sezonu 2018/2019), która jest tylko wstępem do utworzenia elitarnej superligi. Prezydent Francji Francois Hollande w kuluarach niedawnego szczytu UE na Malcie miał utemperować premier Beatę Szydło, która zapowiedziała, że nie podpisze dokumentu z konkluzjami spotkania, mówiąc: "Wy macie zasady, my fundusze". Podobnie myślą szefowie największych klubów Starego Kontynentu i równie arogancko jak francuski polityk szefową polskiego rządu traktują mniej zamożnych partnerów.

Precz z egalitaryzmem

Jeszcze nie tak dawno futbol był sportem, w którym na każdym poziomie rozgrywek obowiązywały takie same zasady. Bez względu na to, czy na boisku spotykały się Huragan Wołomin z Piastem Piastów, czy FC Barcelona z Manchesterem United mecz sędziowało trzech sędziów, którzy nie mieli ze sobą radiowej łączności. Technologia goal-line była nieznana, a o wprowadzeniu możliwości korzystania przez arbitrów z powtórek wideo podczas gry nie było mowy. Sędziowie się mylili, często wypaczali wyniki meczów, kontrowersji i związanych z nimi emocji było co niemiara. Każdy uczestnik piłkarskiego wydarzenia, gdy ochłonął, zgadzał się jednak z tym, że tak to w futbolu po prostu jest - błędy są jego nieodłączną częścią.

Żądza zysku matką zmian

Futbolowy biznes tymczasem rósł coraz szybciej. Z murawy można było zgarnąć naprawdę duże pieniądze. Trzeba jednak było zrobić coś z sędziowskimi pomyłkami, dzięki którym kasa często trafiała nie tam, gdzie powinna. Bogaci zaczęli kombinować, co zrobić, by wpadki arbitrów ograniczyć, a z czasem całkowicie wyeliminować. Na początek sędziowie dostali narzędzia do bezprzewodowej komunikacji podczas meczu. Potem wsparcie w postaci dwóch dodatkowych "fachowców", co okazało się totalną porażką, bo delikwenci stojący tuż za linią końcową boiska i wyposażeni w coś na wzór chorągiewki, ale bez flagi, zamiast pomóc w poprawnej ocenie boiskowych sytuacji, jeszcze ją utrudnili. Liczba błędów sędziowskich wcale się nie zmniejszyła. Najważniejsi ludzie europejskiego futbolu uznali więc, że czas sięgnąć po technologię komputerową. Goal-line działa już m.in. w Premier League, Ligue 1 czy Bundeslidze. Korzystano z niej także podczas Euro 2016 i Mistrzostw Świata w Brazylii. Sprawdziła się, bo nie mogło być inaczej. Ma mnóstwo plusów i tylko jedną wadę, ale za to bardzo poważną - dużo kosztuje. Na zainstalowanie potrzebnej aparatury na stadionie trzeba wydać od 250 do 500 tys. dolarów, do tego dochodzą jeszcze wydatki rzędu 4 tys. na każdy mecz. Na futbol high tech stać więc tylko najbogatszych.

Futbol hi-tech

Lada chwila sędziowie prowadzący mecze w najbardziej prestiżowych rozgrywkach będą mogli korzystać z powtórek wideo, co powinno ograniczyć popełniane przez nich błędy do minimum. Sytuacje takie jak choćby drugi rzut karny dla Barcelony w rewanżowym spotkaniu 1/8 finału Ligi Mistrzów z PSG nie powinny się w "nowym futbolu" zdarzać. Piłka nożna na najwyższym poziomie stanie się więc sprawiedliwsza, trudno z tym polemizować, ale czy przez to nie straci "ludzkiego ducha"? Kolejnym krokiem może być np. wyposażenie piłkarzy w nowoczesne technologie wspierające strzały, podania czy bramkarskie interwencje.

Dwa światy

W sezonie 2014/2015 przychody europejskiego rynku piłkarskiego wyniosły 22 mld euro. To prawie o 2 mld więcej niż rok wcześniej. Rosną wpływy z praw telewizyjnych (o 8% r/r), umów sponsorskich (5%) i sprzedaży biletów (8%), ale także wydatki na płace piłkarzy i trenerów (ok. 10% w pięciu najsilniejszych ligach). Dobrze zarządzane rozgrywki przynoszą coraz większe zyski - to normalne. Najlepsi chcą jednak zarabiać więcej i szybciej. Przy okazji twierdzą, że hamulcowymi ich rozwoju są kluby z "gorszego" piłkarskiego świata. Bogaci nie wiedzą, co to empatia, nie zamierzają też dzielić się biedniejszymi wypracowanymi zyskami, kombinują więc, jakby tu w miarę elegancko wyprosić ich z podwórka.

Liga dla bogatych

"Marca" niedawno przedstawiła na swoich łamach jedną z możliwych koncepcji Superligi, czyli elitarnych rozgrywek dla najbogatszych klubów. Od 2021 roku 16 drużyn z pięciu krajów: Anglii, Niemiec, Włoch, Francji i Hiszpanii, grałoby ze sobą mecz i rewanż - łącznie w sezonie odbywałoby się 30 spotkań. Zespoły, które uczestniczyłyby w tej superlidze, najprawdopodobniej zrezygnowałyby z udziału w ligach krajowych i europejskich pucharach. Na takim rozwiązaniu straciłyby zarówno UEFA i najsilniejsze ligi, jak i słabsze federacje. Właśnie bunt biedniejszych na razie wstrzymuje start superligi. Nie ma się jednak co łudzić, ona prędzej czy później ruszy. - Futbol musi się dopasować do wyzwań niosących przez erę globalizacji. Czasy spoglądania na tradycję i historię już dawno minęły - powiedział Karl-Heinz Rummenigge, prezes rady nadzorczej Bayernu. Szefowie Barcelony, Realu, Juventusu czy Manchesteru City z pewnością się z nim zgadzają.

Futbol dwóch prędkości jest więc kwestią czasu. Bogaci będą grali we własnych superrozgrywkach, znakomicie opakowanych marketingowo i wspieranych przez nowoczesne technologie. Staną się jeszcze zamożniejsi, a los biedniejszych klubów zupełnie przestanie ich obchodzić. Zespoły "gorszego sortu", stworzone głównie z zawodników z danego regionu, często wychowanków, będą rywalizować ze sobą w gorszych rozgrywkach o słabsze pieniądze. Zainteresowanie mediów nimi znacznie spadnie, bo oferowany przez nie produkt nie będzie wystarczająco atrakcyjny. Kluby pozbawione funduszy od stacji telewizyjnych i sponsorów, które skoncentrują się na rywalizacji o kontrakty z najlepszymi, mogą wpaść w poważne problemy finansowe. Niektóre upadną, innym z trudem uda się związać koniec z końcem. Taki futbol będzie może i nudniejszy, mniej efektowny, ale prawdziwszy, bliższy codziennej rzeczywistości większości kibiców - po prostu bardziej ludzki.

niedziela, 5 marca 2017

Luis Enrique się wypalił. Casting na trenera Barcelony czas zacząć

Praca trenera Barcelony daje satysfakcję, ale jest niezwykle
wyczerpująca. Luis Enrique ma już jej dość i po sezonie
opuści klub z Camp Nou. Kim będzie jego następca?
źródło: wikipedia.org, autor: football.ua
Nie przedłużę kontraktu z Barceloną, potrzebuję odpoczynku - te słowa Luisa Enrique po meczu ze Sportingiem Gijon zelektryzowały cały piłkarski świat i wywołały lawinę spekulacji dotyczących jego następcy. Lista potencjalnych trenerów Barcy powiększa się z każdym dniem. Dziennikarze piłkarscy są zadowoleni, bo mają dobry temat na kolejne tygodnie, kibice Barcy trochę mniej, gdyż zmiana trenera to zawsze wielka niewiadoma i spore ryzyko. Zwłaszcza że z klubu odchodzi fachowiec, który wygrał z Blaugraną Ligę Mistrzów i siedem innych trofeów w trzy lata. Kto zatem byłby najlepszym następcą Enrique?

Scenariusz argentyński

W mediach za faworyta w wyścigu o fotel szkoleniowca Barcy uchodzi Jorge Sampaoli. 56-letni Argentyńczyk od końca czerwca 2016 roku trenuje Sevillę, a wcześniej z sukcesami prowadził reprezentację Chile. Teoretycznie ma wszystkie cechy, by godnie zastąpić Luisa Enrique. Preferuje futbol radosny, energetyczny, oparty na dużej liczbie podań i wysokim pressingu, czyli taki, jaki cenią włodarze klubu z Camp Nou. Do tego jest charyzmatyczny, surowy, dobrze wie, czego chce i jak to osiągnąć. Ta zaleta w barcelońskich realiach może być jednak wadą. Trener Blaugrany musi bowiem wpisywać się w filozofię klubu, to jemu będą dyktować warunki, a nie odwrotnie. Czy człowiek taki jak Sampoli pozwoli sobą sterować? Nie wiadomo też, jak na jego twarde rządy zareagowałyby gwiazdy drużyny z Lionelem Messim na czele. Coraz głośniej mówi się bowiem, że porażka 0:4 z PSG w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów była komunikatem piłkarzy do trenera Enrique, który można streścić w kilku prostych słowach - my już z tobą pracować nie chcemy. To pewnie tylko plotka, ale ponoć w każdej znajduje się ziarenko prawdy...

Wracając do Sampaolego, jego kontrakt z Sevillą kończy się w 2018 roku, ale za odpowiednią opłatą szefowie Sevilli raczej zgodzą się go skrócić o połowę. Wiedzą bowiem, że z niewolnika nie ma pracownika, a poza tym - Barcelonie się przecież nie odmawia. Na razie argentyński trener nie chce rozmawiać na temat ewentualnej pracy w stolicy Katalonii. - Ja w Barcelonie? Na to pytanie nie ma odpowiedzi, gdyż taka sprawa nie istnieje - powiedział dziennikarzowi "Marki" po wygranym 1:0 przez Sevillę meczu z Athletikiem Bilbao. Może i dziś nie istnieje, ale wkrótce z pewnością się to zmieni.

Kandydat idealny

Jakiego trenera szuka Barca? Najlepiej, żeby był jej ekszawodnikiem i dobrze znał klub. Do tego piłkarskim dyplomatą, który będzie w stanie obronić ofensywny styl w świecie, gdzie zaczyna dominować futbol efektywny, wyrachowany spod znaku Antonia Conte. Musi to być też człowiek odważny, będący w stanie rozpocząć misję odmładzania pierwszej jedenastki. Ernesto Valverde, obecny opiekun Athletiku Bilbao, spełnia wszystkie powyższe wymogi.

Jako piłkarz spędził w Barcelonie dwa sezony (1988-1990), będąc częścią drużyny Johanna Cruyffa, która wygrała Puchar Zdobywców Pucharów i Copa del Rey. Świetnie zna więc piłkarskie DNA Blaugrany. Ma też bogate trenerskie doświadczenie w różnych realiach - pracował m.in. w Villarreal, Valencii i Olympiakosie. Zwłaszcza w tym ostatnim klubie uchodzi za boga. Zdobył z nim bowiem trzy tytuły mistrza Grecji. Drużyna pod jego wodzą w każdym meczu dążyła do zdominowania rywala, grała futbol oparty na ataku pozycyjnym, dokładnie taki, jakiego oczekuje się na Camp Nou.

Athletic Bilbao pod wodzą Valverde ograł Barcelonę Luisa Enrique aż 4:0 w Superpucharze Hiszpanii 2015. To właśnie tamten mecz podniósł notowania hiszpańskiego trenera u władz klubu z Katalonii. Od tamtego czasu każdy tekst na temat spekulacji dotyczących nowego trenera Barcy zawiera jego nazwisko. Valverde w odróżnieniu od Sampaolego daje swoim piłkarzom sporo swobody na boisku, nie ogranicza ich za ciasnym taktycznym gorsetem, pozwalając na pokazanie pełni swoich umiejętności. Co więcej, jest trenerem, którego drużyny są skuteczne nie tylko w ataku, ale również w defensywie. Olympiakos i Athletic pod jego wodzą z zespołów tracących wiele bramek stały się ekipami, którym strzelenie gola jest dużą sztuką. Barcelona od lat ma problem z grą defensywną, a Valverde wydaje się człowiekiem, który wie, jak go rozwiązać.

Scenariusz holenderski

Według brytyjskich bukmacherów numerem jeden na liście potencjalnych następców Luisa Enrique w Barcelonie jest... Ronald Koeman. Za każdego postawionego na niego funta można zarobić tylko cztery. Nieco gorsze notowania mają Jürgen Klopp (11/2), Mauricio Pochettino (6/1) i... Josep Guardiola (7/1). Dlaczego Koeman? Po pierwsze to barcelonista - w latach 1989-1995 rozegrał w barwach Blaugrany prawie 200 meczów, w których strzelił 67 goli. Jeśli szefowie klubu będą chcieli kontynuować strategię polegającą na zatrudnianiu trenerów "uczuciowo" związanych z klubem, Holender faktycznie ma spore szanse.

W Anglii Koeman odwala kawał dobrej roboty. Najpierw osiągnął wyniki "ponad stan" z przeciętnym Southamptonem - 7. miejsce w sezonie 2014/2015 i 6. w 2015/2016, a teraz pracuje na chwałę Evertonu. W Hiszpanii jednak pamiętają go głównie jako szkoleniowca Valencii, który co prawda doprowadził ten klub do triumfu w Pucharze Króla, ale kilka dni po tym sukcesie został zwolniony, w lidze bowiem Nietoperze regularnie zawodziły. Problemem jest też styl futbolu preferowany przez Holendra, który może się okazać za mało efektowny jak na barcelońskie realia. Wydaje mi się więc, że bukmacherzy na Wyspach się mylą, stawiając na Koemana. On po prostu do Barcelony nie pasuje!

Scenariusz francuski

Laurent Blanc z PSG zdobył w sumie 11 trofeów, ale nie Puchar Mistrzów i właśnie dlatego stracił pracę w Paryżu. Obecnie jest bezrobotny, ale z pewnością najpóźniej latem znajdzie nową posadę. To bowiem bardzo dobry trener, choć trochę niedoceniany, który na dodatek był piłkarzem Barcelony. Na jego korzyść przemawia też doświadczenie w europejskim futbolu oraz fakt, że był w stanie okiełznać wybujałe ego paryskich gwiazd i stworzyć z nich drużynę, grającą futbol skuteczny, kombinacyjny, oparty na dużej liczbie podań i we Francji nie miała sobie równych. W europejskich pucharach natomiast zabrakło jej zwykłego szczęścia. I właśnie ten towarzyszący Blancowi brak farta może być główną przeszkodą na drodze do objęcia przez niego posady trenera Barcy. Szkoleniowcowi takiego klubu fortuna musi bowiem sprzyjać.

Czarny koń

Eusebio Sacristán, trener rewelacyjnego w tym sezonie La Ligi Realu Sociedad, również jest w gronie kandydatów do przejęcia schedy po Enrique. Co więcej, według nieoficjalnych źródeł ma całkiem duże szanse na tę posadę. Barcelona jest dla niego ważna - w latach 1988-1995 grał w drużynie Johanna Cruyffa. Pracował również na Camp Nou jako szkoleniowiec - najpierw był asystentem pierwszego trenera w latach 2003-2008, a następnie opiekunem Barcy B (2011-2015). Zna więc "barceloński system" od podszewki. Wie, czego w tym klubie oczekuje się od trenera i z pewnością zna sposób, by tym wymaganiom podołać.

Sacristán nie jest trenerskim gwiazdorem, na pewno więc nie będzie ważniejszy od piłkarzy, a to paradoksalnie zaleta w tym klubie. Powinien skutecznie administrować drużyną, zachowując jej unikalny styl. Jeśli szefowie Barcy zdecydują się dalej iść drogą wyznaczoną przez Josepa Guardiolę, a kontynuowaną przez Luisa Enrique, 52-letni szkoleniowiec z La Seki wydaje się idealnym wyborem. On tymczasem kreuje się na człowieka zupełnie niezainteresowanego pracą w Barcelonie. Niedawno przedłużył kontrakt z baskijskim klubem do 2019 roku i jak zapewnia, zamierza go wypełnić. Dziś nie wypada mu jednak mówić nic innego, jest przecież pracownikiem Realu Sociedad. Gdy jednak szefowie Blaugrany złożą mu konkretną ofertę, z pewnością nie odmówi.

Guardiola, Enrique... Xavi, Puyol?

Nowym szkoleniowcem Barcy może zostać trenerski żółtodziób. Stawiając przed laty na Guardiolę, szefowie klubu podjęli duże ryzyko, które się jednak opłaciło. Luis Enrique też wielkiego doświadczenia w zawodzie nie miał, a również dał radę. Czy teraz włodarze pójdą o krok dalej i powierzą stery drużyny komuś, kto nigdy wcześniej trenerem nie był? Wbrew pozorom to nie jest scenariusz filmu science fiction.

Xavi jakiś czas temu w wywiadzie dla "Four Four Two" powiedział, że jego celem jest powrót do Barcelony w roli trenera. Mimo, że wciąż gra zawodowo w piłkę w katarskim Al Sadd, to niewykluczone, że po tym sezonie zakończy zawodniczą karierę i rozpocznie tę trenerską. Jeśli tak nie zrobi, to następny w kolejce jest Carles Puyol, wieloletni kapitan Barcelony, którego już w 2014 roku kibice tego klubu widzieli na stanowisku trenera. 38-latek swego czasu odrzucił propozycję zostania asystentem Roberta Manciniego w Interze Mediolan. Wydaje się więc, że trenerką nie jest mocno zainteresowany - obecnie prowadzi razem z Ivanem de la Peną agencję menedżerską. Jednak gdyby Barca powołałaby go do służby, nie sądzę, by powiedział nie.

Stanowisko trenera Blaugrany wiąże się z wielkim prestiżem, ale i ogromną presją. Drużyna musi wygrywać zawsze i wszędzie, przy okazji grając widowiskowo. Luis Enrique wytrzymał w tych warunkach dwa i pół roku. Osiągnął sukces, ale zapłacił za niego wysoką cenę. Przez te dwadzieścia kilka miesięcy bardzo się bowiem postarzał, nie tylko fizycznie. Duma Katalonii to klub niezwykle wymagający, w którym trener jest mniej ważny niż piłkarze. Tu rządzi... Lionel Messi i to właśnie jego głos może zdecydować o tym, kto zostanie nowym trenerem pierwszego zespołu.