niedziela, 27 listopada 2016

Polska piłka bez makijażu. Recenzja książki "Stan futbolu"

Krzysztof Stanowski słynie z ciętego języka, dosadnych komentarzy i odważnych diagnoz. Polityczną poprawnością się nie przejmuje i wali prosto z mostu - precyzyjnie, celnie i skutecznie. Gdy atakuje, to mocno, bez ceregieli. A że zna wiele osób z piłkarskiego środowiska w Polsce, wie o ich ułomnościach, wadach, dziwactwach i skandalach z nimi związanych. W "Stanie futbolu" dzieli się z kibicami tą wiedzą, opowiadając pozaboiskowe historie tak, jakby był ich lepiej poinformowanym kumplem. Ta książka odziera polski futbol z lukru, którym oblewają go telewizja i główne portale. Pokazuje go bez make-upu, ubranego w wytarty dres, ze wszystkimi wadami i dziwactwami, o których istnieniu lepiej nie wiedzieć.

Na 407 stronach Stanowski zawarł mnóstwo piłkarskich anegdot, z których te o Radosławie Michalskim wpłacającym pensję do banku w wyjątkowo oryginalny sposób czy Pawle Zarzecznym sugerującym Leo Beenhakkerowi podczas wywiadu, że jest już stary i powinien odejść na emeryturę, nie są wcale najlepsze. Dzięki nim przedstawił tę drugą, mniej medialną stronę pracy trenerów, menedżerów i piłkarzy, odsłonił kulisy ważnych dla polskiego futbolu wydarzeń, jak np. wyboru selekcjonera reprezentacji Polski w 2013 roku, parę osób też ośmieszył - ciekawe, ile z nich po publikacji książki nie podaje mu już ręki. Każdy rozdział zaczyna się od słowa dlaczego, co pozwala  autorowi przedstawić dany problem kompleksowo, z uwzględnieniem kontekstu, a przy okazji sprowokować kibiców do dyskusji.

Stanowski dobiera argumenty precyzyjnie, logicznie przedstawiając swój sposób widzenia na dane zagadnienie. Niektóre sprawy opisuje tak, że dotychczasowe wyobrażenia czytelnika na ich temat zostają zburzone, a przynajmniej mocno zmienione. W przekonujący sposób udowadnia, że Franciszek Smuda to fatalny trener, Cezary Kucharski wcale nie tak dobry menedżer, a z Romana Kołtonia to w rzeczywistości żaden piłkarski ekspert. Gdy tłumaczy np., dlaczego polscy trenerzy nie pracują za granicą, za jednym zamachem demitologizuje zagranicznych szkoleniowców i zachodnią "myśl szkoleniową" oraz udowadnia, że rodzimi fachowcy wcale nie są od nich gorsi, a jedyną ich "wadą" jest to, że... mówią po polsku.

Czytając pierwsze strony "Stanu futbolu", myślałem: wow, jakie ten Stanowski ma znajomości. Zagłębiając się w lekturę kolejnych, trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że polską piłką rządzi właśnie on. Im jednak bliżej końca książki, tym ta megalomania autora, początkowo nawet urocza, stawała się coraz bardziej irytująca. Wniosek, jaki płynął z kolejnych jego wywodów, można było wyciągnąć jeden - wszyscy są głupi, podli, cwani i dwulicowi, tylko jeden Stanowski nie. To jego zarozumialstwo sprawiło, że gdy odłożyłem książkę na półkę, zacząłem się zastanawiać, jak bardzo niektóre sytuacje w niej opisane są podkoloryzowane, podkręcone, a w efekcie - jak dalekie od prawdy. Po lekturze pierwszych kilku rozdziałów byłem w stanie uwierzyć we wszystko, co autor pisze, po skończeniu książki mam już jednak sporo wątpliwości.

Stanowski dużo łagodniej, cieplej, bardziej przyjaźnie opisuje osoby, które lubi - w sumie nic w tym dziwnego, sam wielokrotnie powtarzał, że jego książka jest bardzo subiektywna. W ich przypadku nawet poważne grzechy są obracane w żart, nazywane wypadkami przy pracy. Zupełnie inaczej jest z tymi, których pan Krzysztof nie darzy sympatią. Wówczas skupia się on tylko na złych cechach tych ludzi, wytykając błąd po błędzie, w efekcie tworząc w wyobraźni czytelnika ich jednoznacznie negatywny obraz. Nie kwestionuję zasadności zarzutów pod adresem tych osób, być może są w stu procentach prawdziwe, ale takie rozgraniczenie na "swoich" i "cudzych" włącza u mnie system ostrzegawczy, który podpowiada mi, by w pełni nie ufać autorowi.

W "Stanie futbolu" mało jest historii w stylu: "znany piłkarz drużyny x upił się przed meczem". Z reguły opowieści dotyczą konkretnych, podpisanych imieniem i nazwiskiem osób. To duży plus tej książki, nie ma w niej bowiem - zgodnie z hasłem widniejącym na tylnej stronie okładki - mydlenia oczu. Stanowski to inteligentny człowiek i można założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że jeśli opisuje ekscesy z udziałem danego piłkarza, trenera lub działacza, to wie, że tak było i nie zmyśla. Z pewnością koloryzuje, ale raczej tylko barwnie opisuje rzeczywistość, a nie ją kreuje.

Książka jest pełna naprawdę ciekawych historii. Kulisy wyboru Macieja Sawickiego na sekretarza PZPN czy Adama Nawałki na selekcjonera kadry (ta druga z Paolo Maldinim w tle), tajemnice niedoszłego transferu Bartosza Bereszyńskiego do Benfiki, negocjacje Adama Fedoruka z prezesem Olimpii Elbląg w sprawie zakupu... piłek dla drużyny, afery z udziałem reprezentantów Polski i metody ich tuszowania, arkana pracy menedżerów: Jarosława Kołakowskiego, Mariusza Piekarskiego czy Radosława Osucha, wady Cezarego Kucharskiego, wariactwa Kazimierza Grenia, opis zmiany charakteru Romana Kołtonia po przejęciu stanowiska redaktora naczelnego "Przeglądu Sportowego" czy sposoby na symulowanie pracy redaktora Dariusza Tuzimka to najciekawsze z nich. Czyta się je świetnie, bo Stanowski jest sprawnym pisarzem, inteligentnym, dowcipnym i wyposażonym w wyjątkowo cięty język.

Na wewnętrznej stronie okładki jest tekst promujący książkę i zachęcający do jej przeczytania. Kończy się zdaniami: "Mam głębokie przekonanie, że w niemal każdym rozdziale ujawniam przynajmniej jeden fakt, o którym nikt do tej pory nie miał pojęcia, wliczając moich licznych znajomych z branży. Kiedy więc zakończycie lekturę, może nie będziecie mądrzejsi (na pewno nie), ale lepiej poinformowani - jak najbardziej". Autor lubi się chwalić - to fakt, ale z drugiej strony, z takim bagażem doświadczeń zawodowych ma do tego prawo. "Stanem futbolu" Stanowski Atlantydy nie odkrywa, ale pokazuje obraz polskiej piłki, jakiego nie widać z wysokości trybun czy sprzed telewizora. To książka dla wszystkich, którzy do piłki nożnej podchodzą racjonalnie, bez fanatycznych emocji - dzięki niej lepiej zrozumieją, co w trawie naprawdę piszczy. Ci zaś, którzy wciąż chcą wierzyć w futbol romantyczny, lepiej niech jej nie czytają.

sobota, 12 listopada 2016

Rosario - miasto Messiego, rocka i... Che Guevary

Lionel Messi - najbardziej znany obok
Che Guevary człowiek, który przyszedł
na świat w Rosario.
źródło: wikipedia.org
Hiszpańskiego słowa semillero używa się do określenia miejsca, skąd pochodzą utalentowani, wielcy ludzie. Tak mówią o swoim mieście mieszkańcy Rosario. To tu przyszedł na świat Ernesto "Che" Guevara. Stąd też wywodzi się najlepszy piłkarz świata Lionel Messi oraz kilku jego kolegów po fachu. Rosario żyje polityką, rockiem, sztuką uliczną, a przede wszystkim futbolem.

Pięcioletni Messi wkracza do gry

Na obrzeżach miasta, na terenach zamieszkanych przez przedstawicieli klasy robotniczej, niedaleko brzegu rzeki Parany znajduje się małe, niezbyt równe boisko, ukryte między rozpadającymi się kamienicami. Gdy się dobrze przyjrzeć, widać stąd statki zmierzające do położonego niedaleko portu. Ten nieduży skrawek trawy to dom Grandoli FC - klubiku, w którym pierwsze piłkarskie kroki stawiał Lionel Messi. As Barcelony trafił tu w wieku pięciu lat, a na pierwszy trening przyprowadziła go babcia. Początkowo szkolił się pod okiem ojca, który był trenerem w klubie. Grał w nim też brat Lionela.

Sąsiedzka rywalizacja

Jednym z głównych rywali Grandoli FC jest Club Alianza San Lorenzo. Ich boiska dzieli zaledwie 7 kilometrów. W latach 90. wyróżniającym się zawodnikiem tej drugiej drużyny był Éver Banega. Pomocnik Interu Mediolan kilka razy grał przeciw Messiemu na długo przed tym, jak stał się on najlepszym piłkarzem globu.

W Clubie Alianza, tyle że na początku XXI wieku, piłkarskie nauki pobierał też Ángel Correa. 21-letni snajper jest dziś graczem Atletico Madry, do którego trafił w 2014 roku z San Lorenzo za 7,5 mln euro.

W tej samej okolicy przygodę z piłką zaczynał Ángel Di María. Jako trzylatek trafił do klubu Torito, którego siedziba jest oddalona zaledwie o trzy kilometry od miejsca, gdzie trenował Messi. Rok później skrzydłowy PSG trenował już w szkółce Rosario Central, które odkupiło go z Torito za... 35 piłek.

W tym samym czasie w klubie ćwiczył również Ezequiel Lavezzi, choć na świat przyszedł on w Villi Gobernador Gálvez - wchodzącym w skład aglomeracji Rosario 70-tysięcznym mieście położonym na zachodnim brzegu Parany.

Z Rosario pochodzą też Maximiliano Rodríguez, César Delgado, Ezequiel Garay oraz słynni trenerzy César Luis Menotti, Marcelo Bielsa i Gerardo Martino. Mauro Icardi też urodził się w tym mieście, ale opuścił je w wieku 6 lat i podstaw futbolu uczył się w Hiszpanii, w klubie Vecindario z Wysp Kanaryjskich.

Wyjątkowe miejsce

Jak to możliwe, że miasto prawie dwukrotnie mniejsze od Warszawy wydało na świat tak wielu znakomitych piłkarzy i to w czasach szalejącego w Argentynie kryzysu gospodarczego? Co takiego jest w Rosario, czego nie ma nigdzie na świecie?

To trzecie największe miasto w Argentynie, zamieszkane przez 1,2 mln ludzi, położone 300 km na północny zachód od Buenos Aires, a także serce drugiego po tej metropolii najbogatszego regionu w kraju. PKB napędzają usługi i przemysł. W Rosario produkuje się 20% wytwarzanych w Argentynie samochodów, 80% części do urządzeń związanych z produkcją i przechowywaniem żywności oraz 100% podzespołów do powstających w kraju autobusów.

Na zdj. m.in. wieża i propylon kompleksu
Monumento a la Bandera, Palacio de los Leones
i most Rosario-Victoria. Źródło: wikipedia.org
Rosario nazywane jest kolebką argentyńskiej flagi. To tu 27 lutego 1812 roku generał Manuel Belgrano opracował jej wzór i po raz pierwszy pokazał ją publicznie. Mieszkańcy miasta są dumni z jego historii, czemu wyraz dają np. nucąc hymn narodowy z... domowych balkonów.

Rosario żyje kulturą. By poznać ją bliżej, warto zajrzeć do baru D7, zlokalizowanego przy alei Ovidia Lagosa, gdzie można posłuchać dobrej, niezwykle różnorodnej muzyki czy wziąć udział w politycznych debatach. Serce miasta bije w rytmie rocka, a najbardziej znaną lokalną grupą jest Vicio. Można tu też zobaczyć znakomite występu stand-uperów.

W mieście jest kilka centrów kulturalnych, kilkanaście teatrów, kilkadziesiąt muzeów. Warto odwiedzić Monumento a la Bandera, czyli kompleks poświęcony argentyńskiej fladze, planetarium w parku Urquiza, obserwatorium astronomiczne oraz kilka zabytków architektury neoklasycystycznej i neorenesansowej, np. Palacio de los Leones. W Rosario stoi też wykonana z brązu, czterometrowa statua Che Guevary.

Rosarianie dumni są nie tylko z Messiego i innych piłkarzy. Jednym z najbardziej szanowanych mieszkańców miasta był Robert Fontanarossa, znany w całej Ameryce Południowej rysownik i pisarz, który wykreował takie postaci jak kowboj Inodoro Pereyra, toczący filozoficzne spory ze swoim... psem, czy Oily Boogie, będący parodią Brudnego Harry'ego weteran wojenny o niepoprawnych politycznie poglądach.

Co roku w listopadzie w Rosario odbywa się festiwal Fiesta Nacional de las Colectividades. Rodowici Argentyńczycy, imigranci i ich potomkowie przybywają tu z całego kraju, by wspólnie celebrować bogate miejscowe tradycje, a przy okazji dobrze zjeść, wypić i wytańczyć się na całego. Po raz pierwszy impreza odbyła się w 1985 roku.

Piłkarski ekosystem

Rock, szacunek do historii tradycji, subtropikalny klimat, czyste powietrze, sąsiedztwo rzeki Parany, zdrowe, znakomite jedzenie - wszystko to buduje atmosferę miasta, ale nie wyjaśnia jego piłkarskiego fenomenu. Klucz do rozwiązania zagadki może kryć się w miejscowych klubach i wyjątkowo poważnym traktowaniu futbolu. W Rosario, oprócz dwóch najbardziej znanych drużyn, Centralu i Newell's Old Boys, funkcjonują też Club Atlético Central Córdoba, obecnie grający w Primera C, Club Atlético Tiro Federal Argentino (Torneo Argentino A) i Argentino de Rosario (Primera D). Oprócz nich jest też kilkanaście klubików podobnych do Grandoli FC, Torito czy Clubu Alianza.

Central i Newell's oprócz własnych drużyn juniorskich mają też po kilkadziesiąt klubów filialnych, które oddają im pod opiekę swoich najlepszych zawodników. W efekcie do szkółek trafią najbardziej utalentowani młodzi piłkarze. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas piłkarz z Rosario staje się gwiazdą europejskich boisk.

Futbol albo śmierć

Pisarz Albert Camus mawiał, że "piłka nożna to najpoważniejsza z niepoważnych rzeczy tego świata". Mieszkańcy Rosario uważają podobnie. Tu futbol to coś więcej niż sport. Gdy w 2008 roku ówczesny prezydent Centralu, Horacio Usandizaga, powiedział, że zabije swoich piłkarzy, jeśli drużyna spadnie z argentyńskiej ekstraklasy, wybuchła ogromna afera. Duża część osób, z zawodnikami włącznie, była bowiem przekonana, że słowa prezesa wcale nie są czczym gadaniem i faktycznie może on wcielić swoją groźbę w czyn. Na całym świecie sternicy klubów nie raz wypowiadali się w podobnym tonie, ale nigdzie nie traktowano ich przekazu tak dosłownie jak w Rosario.

Być jak Messi

W Polsce przed laty za piłkarską kolebkę uchodziły Szamotuły, swego czasu kilku niezłych piłkarzy wydała też Łódź. Własnego Rosario Polacy jednak nie mają. Nie mają go też Niemcy, Francuzi, a nawet Brazylijczycy. Rosarianie są przekonani, że ich miasto jest wyjątkowe i trudno im się dziwić. Mają ku temu mnóstwo powodów, a Lionel Messi jest jednym z najważniejszych. Każdy chłopak z tego miasta dobrze zna historię asa Barcy, a duża część robi wszystko, by pójść w jego ślady. Kwestią czasu jest więc, kiedy kolejni Ángele, Lionele, Maurowie czy Ezequiele opuszczą Rosario, by cieszyć swoją grą kibiców futbolu na Starym Kontynencie.

niedziela, 9 października 2016

Polska - Dania. Pomeczowe impresje

źródło: www.facebook.com/rl9official/photos
Ekipa De Rød-Hvide pokonana. Znów było nerwowo, znów na własne życzenie, ale najważniejsze są trzy punkty. Podopieczni Adama Nawałki zrehabilitowali się za wpadkę w Kazachstanie, choć powodów do zachwytu nad swoją grą nie dali. Różnicą między Polską a Danią był Robert Lewandowski - tylko tyle i aż tyle. Po obejrzeniu występu naszej kadry byłem daleki od euforii. Reprezentacja ma bowiem równie dużo atutów, jak i problemów. Oto kilka moich pomeczowych impresji.

Lewandowski musi mieć wsparcie w ataku

Biało-Czerwoni muszą grać w ustawieniu z dwoma napastnikami. Inne schematy im bowiem nie leżą. Robert Lewandowski w duecie z Arkadiuszem Milikiem czynią grę Polski dużo trudniejszą do rozszyfrowania. Gdy as Bayernu zostaje w ataku sam, nasz zespół traci rezon w ataku i ułatwia zadanie defensorom rywali - prościej bowiem kryć jednego snajpera niż dwóch. W takim systemie pomocnicy mają też mniej opcji rozgrywania piłki, co znacznie utrudnia płynne konstruowanie akcji. W efekcie Lewy frustruje się, walcząc sam w trzema albo czterema rywalami. Niepotrzebnie traci siły, które mógłby wykorzystać na pokonywanie bramkarza rywali. Polska drużyna nie może sama pozbawiać się swoich największych atutów! 4-4-2 to system, w którym czuje się dobrze i nie ma co na siłę szukać innych rozwiązań.

Nawałce brakuje odwagi

Daleki jestem od krytykowania człowieka, który wyciągnął naszą reprezentację z dołka i uczynił z niej jedną z najciekawszych drużyn w Europie. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że trenerowi brakuje trochę odwagi. Jej deficyt widoczny był zwłaszcza w ćwierćfinale Euro 2016 z Portugalią, ale w sobotę podczas meczu z Danią również dał o sobie znać. Po kontuzji Arkadiusza Milika na boisko wszedł Karol Linetty, choć na ławce rezerwowych byli będący w dobrej formie Kamil Wilczek i Łukasz Teodorczyk. W założeniu gracz Sampdorii Genua miał zagęścić środek pola i jeszcze bardziej utrudnić rozgrywanie piłki rywalom, ale zupełnie nie sprostał zadaniu. Za każdym razem, gdy trener wycofuje jednego z napastników i wprowadza w jego miejsce pomocnika, nasza gra zaczyna szwankować. Selekcjoner musi to widzieć, a mimo to powtarza błędy, podcinając w ten sposób skrzydła swojej drużynie i powierzając losy meczu szczęściu i temu, co zrobi rywal. Rozumiem, że wynik jest najważniejszy, ale jeśli zespół prezentuje się dobrze, prowadzi 2:0, do tego gra przed własną publicznością i ma mecz pod kontrolą, to po co się wtrącać?

Grosik superstar

Szefowie Burnley, oglądając Kamila Grosickiego w akcji w meczu z Danią, rwą sobie włosy z głowy, powtarzając w kółko pytanie - dlaczego, u licha, on nie gra u nas! Gracz Stade Rennais w pierwszej połowie był nie do rozszyfrowania. W jednej akcji bowiem nie brał udziału, by w kolejnej pomknąć lewym skrzydłem, minąć kilku rywali i posłać zaskakujące podanie do napastnika. Odgadnięcie jego zamiarów było w sobotę zadaniem niemożliwym do zrealizowania. Grosik robił różnicę i bez niego wynik mógłby być dużo mniej dla nas korzystny. Adam Nawałka musi więc na Kamila chuchać i dmuchać, zbytnio go nie eksploatować, ale pilnować, by napędzający go ogień nie zgasł.

Thiago Cionek zdał egzamin

W meczu z Kazachstanem Michała Pazdana u boku Kamila Glika zastępował Bartosz Salamon, ale nie wypadł dobrze. Z Danią Adam Nawałka postawił więc na jednego ze swoich ulubieńców, Thiago Cionka. Nasz Brazylijczyk nie zawiódł, co więcej - zagrał pewniej i skuteczniej niż sam Glik. Był zdecydowany w interwencjach, nie kalkulował, dobrze się ustawiał, często wyprzedzał graczy gości, dobrze przewidując, gdzie zostanie podana piłka. Momentami widać było co prawda brak zgrania z kolegami, ale wnioski z jego występu mogą być tylko pozytywne. Michał Pazdan wciąż ma mocną pozycję w kadrze, ale musi pamiętać, że na boisku tylko za zasługi z Euro pojawiać się nie będzie.

Problem Krychowiaka

Po byłym graczu Sevilli widać, że brakuje mu regularnych występów. Dziś to już nie tan sam zawodnik, który podczas Euro 2016 imponował pewnością siebie, spokojem w rozegraniu piłki i odwagą w braniu odpowiedzialności za grę zespołu na siebie. Transfer do PSG miał uczynić z niego jeszcze lepszego piłkarza, na razie jednak wygląda na to, że jest wręcz odwrotnie. Krychowiak popełnia proste techniczne błędy, chowa się za rywalami, unikając piłki. W pierwszej połowie starcia z Danią był jednym z najsłabszych w naszej drużynie. W drugiej części zagrał lepiej, tak jakby dostał w szatni solidną burę od trenera. Grzegorz w formie jest naszej kadrze potrzebny tak samo jak Robert Lewandowski czy Kamil Grosicki.

Zieliński punktuje

Przed rozpoczęciem kwalifikacji do mundialu w Rosji ekszawodnik Empoli w kadrze nie był sobą. Wyglądał na wystraszonego, nie radził sobie z presją. Z Danią i Kazachstanem zagrał pełne 90 minut i zwłaszcza w tym drugim meczu prezentował się na miarę swojego nieprzeciętnego talentu. Imponował dojrzałością trzydziestolatka, chłodną głową w stykowych sytuacjach, podawał bardzo rozsądnie, inteligentnie. Nie był może tak odważny jak w meczach Napoli, ale jeśli Adam Nawałka dalej będzie na niego stawiał, a on uwierzy, że jest tej kadrze naprawdę potrzebny, Polska w końcu zyska rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia.

Następca Milika pilnie potrzebny

Poważna kontuzja Arkadiusza Milika mocno komplikuje plany trenera Nawałki. We wtorkowym starciu z Armenią, kadra powinna sobie poradzić i bez asa Napoli, ale już w listopadzie z Rumunią jego brak będzie odczuwalny. Selekcjoner musi szybko znaleźć rozwiązanie tego problemu. Mecz z Ormianami jest dobrą okazją, by przetestować jeden lub dwa alternatywne warianty. Obawiam się jednak, że trener nie zdecyduje się zastąpić wychowanka Rozwoju Katowice innym snajperem - Łukaszem Teodorczykiem czy Kamilem Wilczkiem, ale pójdzie na łatwiznę i zmieni ustawienie na 1-4-5-1, czyli takie, które pozbawia nasz zespół głównych atutów. Lewandowski musi mieć w ataku partnera, to oczywista oczywistość. Nawałka to wie. Musi tylko pokonać swój strach i zaufać zmiennikom. Jeśli tego nie zrobi, po starciu z Rumunią nastroje w kadrze mogą być minorowe.

Hajto, stop!

Dziwię się Mateuszowi Borkowi, że zgadza się komentować spotkania kadry razem z panem Tomaszem. Rozumiem, że to dobrzy koledzy, ale relacjonowanie meczu międzypaństwowego to nie towarzyska pogawędka, tylko praca, a w tej powinny liczyć się kompetencje, nie wzajemne sympatie. Mam dość pseudomądrości Hajty, jego nietrafionych analiz i żartów, które z dobrym humorem nie mają nic wspólnego. Do tego ten brak dykcji i porażające błędy językowe. Te jednak byłbym w stanie przełknąć, gdyby eksreprezentant Polski mówił z sensem, ciekawie, był profesjonalistą. Hajto kreuje się na największego eksperta od piłki kopanej w naszym kraju, na taktyce zna się - we własnej ocenie - lepiej niż wszyscy koledzy po fachu razem wzięci, a analizę sposobu gry drużyny przeprowadza lepiej od samego Jose Mourinho. Zastanawia mnie jedno - jeśli faktycznie jest taki wybitny, to dlaczego żaden klub nie chce go wziąć na trenera? Wówczas on dostałby miejsce, w którym mógłby się popisać, a widzowie Polsatu i Eurosportu straciliby jeden z powodów swoich meczowych frustracji.

Polska wygrała z Danią 3:2 i trzeba się z tego cieszyć. Nie można jednak fałszować rzeczywistości i mówić, że wszystko jest cacy, bo nie jest. Ta drużyna ma swoje bolączki, wady i problemy. Opiekujący się nią ludzie są jednak fachowcami i wierzę, że szybko znajdą sposoby, by się ich pozbyć, a przynajmniej dobrze ukryć.

niedziela, 25 września 2016

Magic, trener z innej bajki, czyli alfabet nowego szkoleniowca Legii

Czy Jacek Magiera znajdzie
lekarstwo na problemy Legii?
źródło zdj. twitter.com/JacekMagiera2
Do tej pory zawsze w cieniu. Niedoceniany, czasami traktowany niepoważnie, a nawet będący obiektem żartów. Dziś trener najbogatszego klubu w Polsce. Człowiek, który ma posprzątać bałagan zostawiony przez Besnika Hasiego i przestawić pociąg o nazwie Legia na właściwe tory. Jacek Magiera, szkoleniowiec z zasadami, od A do Z.

Akademia. Jacek Magiera jest jednym ze współzałożycieli Akademii Piłkarskiej Legii Warszawa, która funkcjonuje od 2000 roku. Rozwój młodych piłkarzy od lat leży mu na sercu. W czasie wolnym od zawodowej pracy organizuje np. turnieje dla dzieci i młodzieży w rodzinnej Częstochowie. Wspiera też juniorów Rakowa i innych drużyn ze "świętego miasta".

Barcelona to ulubiony zagraniczny klub Magiery. Jako piłkarz miał okazję zagrać dwukrotnie przeciwko Blaugranie. W sierpniu 2002 roku Legia w eliminacjach Champions League przegrała na Camp Nou 0:3, a u siebie - 0:1. W tym drugim spotkaniu Magiera otrzymał czerwoną kartkę, jedną z dwóch w całej karierze.

Częstochowa to rodzinne miasto Magiery. Tu się urodził 1 stycznia 1977 roku, dorastał i stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Tu też skończył studia. Gdy ma chwilę wolnego, wsiada w samochód i pędzi w ojczyste strony, by spotkać się ze znajomymi, bliskimi albo zorganizować turniej dla młodzieży. Magiera kocha to miasto tak mocno, że spędza w nim nawet wakacje. Chyba że akurat wyskoczy do Sopotu czy Kołobrzegu, czyli miejsc, które po Częstochowie i... stadionie Legii, lubi najbardziej.

Dobosz Zbigniew. To właśnie temu trenerowi Jacek Magiera zawdzięcza najwięcej. On nauczył go podstaw piłkarskiego rzemiosła i wpoił zasady, które pozwoliły mu zaistnieć w profesjonalnym futbolu. Ten zasłużony dla Rakowa Częstochowa szkoleniowiec zmarł we wrześniu 2014 roku w wieku 69 lat. Do jego najbardziej znanych wychowanków oprócz Magiery zaliczani są Jerzy Brzęczek, Grzegorz Skwara, Krzysztof Kołaczyk, Piotr Bański i Robert Razakowski.

Espanyol Barcelona. Magiera w grudniu 2012 roku odbył staż w Espanyolu Barcelona. Mógł obserwować treningi pierwszej drużyny, której szkoleniowcem był wówczas Javier Aguirre. Miał też okazję zobaczyć, jak funkcjonuje akademia Papużek. W 2015 roku Magiera w podobnym charakterze odwiedził Hannover 96.

Filozofia gry. Piłkarzem był przeciętnym, typowym ligowcem. Tacy jednak często są świetnymi trenerami. Jacek Magiera na pierwszej konferencji prasowej w roli szkoleniowca Legii zapowiadał, że chciałby, aby jego drużyna grała kombinacyjnie, ofensywnie, długo utrzymując się przy piłce. - Nie będziemy grać jednym napastnikiem, jak mamy trzech dobrych. Drużyna ma się umieć zachować, grając różnymi systemami - tłumaczył. Jeśli wcieli te słowa w czyny, Legię czekają spore zmiany. Zarówno Henning Berg, jak i Besnik Hasi wierni byli bowiem ustawieniu z jednym wysuniętym graczem, na czym najwięcej tracił Aleksandar Prijović. Być może Magiera znajdzie miejsce na boisku dla zarówno dla niego, jak i Nemanji Nikolicia.

Nowy trener stołecznej drużyny przypomniał też o podstawowych zasadach obowiązujących w zawodowym futbolu. - Dyscyplina, punktualność, bycie profesjonalistą 24 godziny na dobę - to reguły, do jakich jego podopieczni muszą się bezwzględnie stosować. Ci, którzy obserwowali jego pracę w Zagłębiu Sosnowiec, są przekonani, że potrafi on także stworzyć dobrą atmosferę w zespole. Dużo łatwiej jednak zrobić to w klubie takim jak Zagłębie, bez gwiazd, dużych pieniędzy i piłkarzy z rozdętym ego, niż w pełnej chimerycznych grajków szatni Legii.

Gol życia. 19 września 2003 roku. 75. minuta meczu Legia - Wisła Kraków. Jacek Magiera rusza prawym skrzydłem niczym rasowy boczny pomocnik. Wpada w pole karne i potężnym strzałem w okienko nie daje szans bramkarzowi Białej Gwiazdy. To z pewnością najpiękniejsze trafienie Magica w karierze.

Hennig Berg. Nie jest tajemnicą, że relacje między Norwegiem a Magierą nie było dobre. To Berg był trenerem pierwszej drużyny i on miał decydujące zdanie w najważniejszych sprawach. Magiera jednak jako koordynator drugiej drużyny i zespołu z Centralnej Ligi Juniorów nie zamierzał grzecznie przytakiwać bossowi i podczas spotkań w klubie twardo prezentował swoje zdanie, często odmienne od byłego gracza Manchesteru United. Różnice dotyczyły głównie metod pracy z młodzieżą, zasad funkcjonowania akademii czy przydatność poszczególnych zawodników do Legii.

Apogeum napiętych relacji między oboma panami nastąpiło w październiku 2014 roku. Doszło wówczas do niecodziennego zdarzenia. Legia II grała mecz z Lechią Tomaszów Mazowiecki, ale w jej składzie znaleźli się głównie zawodnicy z pierwszej drużyny. Żeby tego było mało, to asystent Henninga Berga, Pal Arne Johansen, wystąpił wówczas w szatni w roli szkoleniowca. Opracował taktykę i przeprowadził odprawę przedmeczową. Legia przegrała 0:3, a cięgi musiał zbierać Jacek Magiera, nominalny trener drugiej drużyny.

Instruktor. Jacek Magiera był nim dla wielu młodych piłkarzy Legii. Można też zaryzykować stwierdzenie, że dla niektórych nawet mentorem. Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Ariel Borysiuk, Jakub Rzeźniczak, Maciej Korzym czy Daniel Łukasik - każdemu z nich Magiera pomagał zaaklimatyzować się w pierwszym zespole. Rozmawiał, przypominał, pouczał, opieprzał, dawał wskazówki. Radził, jak nie stracić kontaktu z ziemią i bronić się przed pokusami wielkiego miasta. Był rodzicem, nauczycielem i kolegą w jednym, choć formalnie miał taki sam status jak oni - nie był bowiem ich trenerem. To, co każdy z nich osiągnął, w pewnym stopniu jest też zasługą Magiery.

Jedenastki to specjalność Magiery piłkarza. Z reguły zamieniał rzuty karnego na gole. O jego stalowych nerwach krążyły nawet legendy. W barwach Legii z jedenastu metrów pomylił się tylko raz - w 2005 roku w półfinale Pucharu Polski z Groclinem Grodzisk Wielkopolski.

Kadra. Jacek Magiera był kapitanem reprezentacji Polski do lat 17, która podczas Mistrzostw Świata w Japonii w 1993 roku zajęła czwarte miejsce. Tego samego roku, tyle że w maju, kadra U-16 z nim w składzie wywalczyła w Turcji mistrzostwo Europy. W sumie w juniorskich drużynach narodowych Magiera rozegrał 99 meczów, w których strzelił 10 goli. W latach 2006-2007 obecny trener Legii był asystentem selekcjonera kadry U-18, Radosława Mroczkowskiego.

Legia Warszawa. Magiera podpisał kontrakt ze stołecznym klubem zimą 1997 roku i spędził w nim 9 lat z przerwami na wypożyczenia do Widzewa Łódź (runda wiosenna sezonu 1999/2000) i Rakowa Częstochowa (wiosna 2006 roku). W koszulce Legii zagrał 176 meczów i strzelił 16 goli. Najczęściej występował u trenerów Stefana Białasa i Dragomira Okuki, rzadziej u Franciszka Smudy, a Dariusz Wdowczyk w ogóle nie widział dla niego miejsca w składzie. Magiera piłkarz był mistrzem Polski w 2002 i 2006 roku. W 1997 roku zdobył Puchar i Superpuchar, a w 2002 - Puchar Ligi.

20 grudnia 2006 roku dołączył do sztabu szkoleniowego Legii, zostając jednym z asystentów ówczesnego szkoleniowca drużyny... Dariusza Wdowczyka. Tę samą rolę pełnił za rządów Jacka Zielińskiego, Stefana Białasa, Macieja Skorży i Jana Urbana.

7 stycznia 2014 roku Magiera został mianowany trenerem rezerw stołecznego klubu. Na tym stanowisku szło mu przeciętnie. Choć trzeba uczciwie przyznać, że nie miał łatwo. Duża rotacja zawodników, "zsyłki" z pierwszej drużyny, ingerencje w taktykę ze strony Henninga Berga i jego współpracowników nie sprzyjały spokojnej pracy, czego efektem zaledwie dziesiąte miejsce w grupie łódzko-mazowieckiej trzeciej ligi. Bilans zespołu za rządów Magiery to 23 zwycięstwa, 11 remisów, 16 porażek. Nic więc dziwnego, że szefowie klubu podziękowali mu za pracę.

- Na początku czerwca dyrektor sportowy Jacek Mazurek zaprosił mnie na rozmowę. Usłyszałem, że nie przedłużą ze mną kontraktu. Przyjąłem do wiadomości. Zapytałem, czy to wszystko, wstałem, podziękowałem i wyszedłem. Pożegnanie trwało mniej niż minutę - relacjonował rozstanie ze swoim ukochanym klubem w rozmowie z dziennikarzem "Przeglądu Sportowego". Choć trzeba uczciwie przyznać, że nie miał łatwo. Duża rotacja zawodników, "zsyłki" z pierwszej drużyny, ingerencje w taktykę ze strony Henninga Berga i jego współpracowników nie sprzyjały stabilizacji drużyny.

Magiera jako asystent trenera cieszył się z dwóch mistrzostw Polski (2013 i 2014 rok), czterech Pucharów Polski (2008, 2011, 2012, 2013) i Superpucharu.

Marek Magiera, dziennikarz Polsatu specjalizujący się głównie w siatkówce, jest bratem Jacka. Obecny trener Legii sam jest wielkim fanem tego sportu. Ma też kolegów wśród siatkarzy, m.in. Michała Bąkiewicza czy Grzegorza Wagnera.

Nowy rozdział. 24 września 2016 roku Jacek Magiera podpisał dwuletni kontrakt na prowadzenie pierwszego zespołu Legii z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy. To dla niego wielka szansa i jednocześnie nagroda za lata pracy dla klubu. Pracy ciężkiej, odpowiedzialnej i niezwykle ważnej, ale mało efektownej, a w efekcie niedocenianej. Magiera pełnił w stołecznym klubie różne funkcje. Był piłkarzem, asystentem trenera, współtwórcą akademii, szkoleniowcem drużyny rezerw, w dwóch meczach zastępował nawet Ireneusza Zawadzkiego w roli kierownika pierwszej drużyny. Oddał temu klubowi dużą część swojego zawodowego życia, ale on brzydko mu się odpłacił.

Czytając wywiady z Magierą z ostatnich kilkunastu miesięcy, da się zauważyć, że ma on spory żal do ludzi związanych z Legią. Za to, że go nie doceniali, nie liczyli się z jego zdaniem, ingerowali w jego pracę szkoleniową i zwalali winę za niepowodzenia projektów, za które nie odpowiadał. Teraz Bogusław Leśnodorski i Dariusz Mioduski, zmuszeni trudną sytuacją, w jakiej znalazł się klub po rządach Besnika Hasiego, postanowili go sprawdzić.

Magiera wie, jakiego zadania się podejmuje, ale jest na nie gotowy. Przez lata sumiennie się bowiem do niego przygotowywał. Bez względu na to, czy mu się uda, czy nie - już dziś jest wygrany. Będzie mógł bowiem o sobie powiedzieć, że był pierwszym trenerem najbogatszego klubu w Polsce. Czy go to zadowoli? Jasne, że nie. Magiera to bowiem człowiek ambitny, ale i cierpliwy, wytrwale dążący do celu, który się nie poddaje. Jestem przekonany, że jego związek z Legią będzie szczęśliwy.

Outsider. Magiera uchodzi za człowieka, który niezbyt pasuje do polskiego piłkarskiego piekiełka. Jest cierpliwy, cichy, spokojny, ale stanowczy w sądach, co niektórym "ważnym" ludziom może się nie podobać. Nie bierze udziału w intrygach, podwójnych grach i alkoholowych balangach do rana. Zawsze jest sobą, nie gra, nie manipuluje. Ma zestaw zasad, których się trzyma. Jedną z nich jest np. to, że nigdy nie krzyczy na zawodników podczas meczu. Wychodzi bowiem z założenia, że pracuje z ludźmi inteligentnymi, a to co miał piłkarzom do przekazania, przekazał przed pierwszym gwizdkiem sędziego i w trakcie gry wiele zmienić nie jest w stanie. Można co najwyżej dać małą wskazówkę, która poprawi realizację założeń taktycznych. Gracz podczas meczu musi być skoncentrowany na powierzonym mu zadaniach i nie powinien skupiać się na szalejącym przy linii bocznej szkoleniowcu. Tak przynajmniej widzi to Magiera. Ciekawe, co na ten temat sądzi Besnik Hasi...

Polsat. Podczas Euro 2016 Jacek Magiera był ekspertem tej stacji analizującym profile taktyczne drużyn biorących udział w czempionacie. Niestety, niezbyt dobrze sprawdził się w tej roli. Był spięty, stremowany i niemedialny do tego stopnia, że kibice już po kilku meczach z nim w roli analityka zaczęli tęsknić za Jackiem Gmochem i jego słynnymi strzałkami.

Raków Częstochowa. Magiera jest wychowankiem tego klubu. W jego barwach zadebiutował w Ekstraklasie 18 marca 1995 roku w spotkaniu ze Stalą Mielec (0:0). Do 1996 roku zagrał dla Rakowa 38 meczów, w których strzelił 8 goli. 10 lat później wrócił do klubu z Częstochowy, grającego wówczas w trzeciej lidze. Jako wypożyczony z Legii zawodnik spędził tu rundę wiosenną sezonu 2005/2006.

Smuda Franciszek. Relacje między nim a Jackiem Magierą należy podzielić na okres przed wypożyczeniem z Legii do Widzewa w 2000 roku i po nim. Smuda został trenerem stołecznego klubu 24 września 1999 roku. Początkowo nie widział Magiery w pierwszym składzie. W tym okresie Jacek spędzał na boisku średnio w meczu zaledwie... 33 sekundy. Został więc wypożyczony. Gdy wrócił z Łodzi, Smuda niespodziewanie zaczął na niego stawiać częściej. Dziś obaj są dobrymi znajomymi. Gdy spotykają się podczas meczu, zawsze znajdą czas, by ze sobą porozmawiać.

TVN. W latach 2012-2015 Jacek Magiera był trenerem reprezentacji gwiazd TVN-u w charytatywnych spotkaniach tej drużyny organizowanych przez fundację Nie jesteś sam.

Uczniowski Klub Sportowy "Olimpijczyk". Magiera pod koniec lat 90. razem z trenerem Robertem Olbińskim założył w rodzinnej Częstochowie klub o takiej nazwie. Był też kapitanem reprezentacji olimpijskiej prowadzonej przez Pawła Janasa, ale na drodze do igrzysk w Sydney stanęła Biało-Czerwonym reprezentacja Turcji, która pokonała ich w meczu barażowym decydującym o awansie.

Wyższe wykształcenie. W piłkarskim świecie to rzadkość. Jacek Magiera wyróżnia się jednak także pod tym względem. Jest absolwentem Wydziału Filologiczno-Historycznego Akademii Jana Długosza w Częstochowie. Aby nim zostać, musiał m.in. odbyć praktyki nauczycielskie w szkole podstawowej (wybrał tę o numerze 49, do której sam przed laty chodził) i obronić pracę magisterską pt. "Historyczna i heraldyczna emblematyka na podstawie klubów piłkarskich". 

Zagłębie Sosnowiec. Magiera został trenerem tego zaprzyjaźnionego z Legią klubu 16 maja 2016 roku. Drużynę ze Śląska poprowadził w 11 meczach - 9 pierwszoligowych i 2 w Pucharze Polski. Zagłębie przegrało tylko jeden z nich - w drugiej rundzie PP z Wisłą Kraków 3:4 po dogrywce. W lidze grało ofensywnie (najlepszy atak po 9 meczach) i solidnie w defensywie (tylko 8 straconych goli). Być może Magierze udałoby się wprowadzić zespół do Ekstraklasy, ale gdy zgłosiła się Legia, trener nie mógł odmówić.

poniedziałek, 12 września 2016

Uwaga, talent! O tych piłkarzach w najbliższych miesiącach będzie głośno

Joel Pohjanpalo - czy Fin stanie się dla
Bayeru drugim Ulfem Kirstenem?
źródło: wikipedia.org
Każdy sezon kreuje nowe gwiazdy. Choć kampania 2016/2017 dopiero się rozkręca, kilku młodych piłkarzy zdążyło już wyraźnie zaznaczyć swoją obecność. Dotąd znali ich tylko najwięksi piłkarscy hipsterzy, dziś mówią o nich eksperci, a jutro mogą być na ustach całego piłkarskiego świata.

Joel Pohjanpalo. Ma 21 lat, pochodzi z Helsinek, a graczem Bayeru jest od 2013 roku. Debiut w pierwszej drużynie zaliczył jednak dopiero 27 sierpnia 2016 roku w przegranym 1:2 meczu z Borussią Mönchengladbach. W dwóch pierwszych spotkaniach tego sezonu Bundesligi spędził na boisku zaledwie 31 minut, oddał cztery strzały na bramkę rywali i... strzelił cztery gole. W ten sposób stał się pierwszym od 19 lat graczem Bayeru, który zaliczył hat-tricka w niemieckiej ekstraklasie. Ostatni raz ta sztuka udała się Ulfowi Kirstenowi w listopadzie 1997 roku w meczu z Bayernem.

Do klubu z BayAreny Pohjanpalo trafił jako 19-latek, który w barwach HJK Helsinki rozegrał 50 meczów, strzelając w nich 16 goli. Nikt w Leverkusen nie miał wątpliwości, że to piłkarski diament. Trzeba go było jednak odpowiednio oszlifować, stąd wypożyczenia do VfR Aalen i Fortuny Düsseldorf. W tej pierwszej drużynie Fin w sezonie 2013/2014 wystąpił w 22 spotkaniach i zdobył 5 bramek. W drugiej spędził dwa kolejne lata. Jego bilans: 56 meczów, 13 goli.



Pohjanpalo świetnie wykorzystał szansę, jaką na początku sezonu 2016/2017 dostał od Rogera Schmidta. Pomogła mu też kontuzja Stefana Kiesslinga i słabsza forma Kevina Vollanda. W pierwszych meczach rundy jesiennej pokazał to, z czego jest znany, tylko z potrójną mocą. Fin wyśmienicie czuje się w szesnastce, ma doskonały timing, dobrze czyta grę i przewiduje zagrania kolegów oraz... błędy rywali. Jest łowcą bezpańskich piłek, które bezlitośnie zamienia na gole.

Dziś w Niemczech wszyscy fani futbolu mówią o nim jak o wielkim odkryciu, rodzącej się potencjalnej gwieździe. Trzeba jednak pamiętać o tym, że mimo iż Joel ma dopiero 21 lat, zdążył już rozegrać 20 meczów w pierwszej reprezentacji Finlandii i strzelić dla niej 4 gole. Nie jest więc nieopierzonym młokosem, który dopiero uczy się dorosłej piłki. To gracz mogący już dziś stać się siłą napędową Bayeru, a nawet gwiazdą Bundesligi.

Klub z Leverkusen ma w kadrze jeszcze kilku superzdolnych młokosów. 20-letni prawy obrońca Tin Jedvaj, stoper Jonathan Tah oraz skrzydłowy Julien Brandt już odgrywają znaczące role w zespole. Coraz więcej szans powinien też dostawać o rok od nich młodszy prawy defensor Benjamin Heinrichs. Mając grupę tak utalentowanych graczy, Bayer może za sezon, dwa na poważnie włączyć się do walki o mistrzostwo Niemiec, a przynajmniej... zarobić miliony euro, sprzedając ich do silniejszych klubów.


Bobby Wood. 23-letni napastnik przeszedł tego lata z Unionu Berlin do HSV za 3,5 mln euro jako trzeci strzelec poprzedniego sezonu 2. Bundesligi i najskuteczniejszy w pojedyńczym sezonie Amerykanin w historii niemieckiej piłki. Mało kto spodziewał się, że tak szybko przyzwyczai się do gry na wyższym poziomie, ale dwie bramki w dwóch pierwszych meczach nowego sezonu zamknęły usta nawet największym jego krytykom.

Jest przebojowy, bardzo zwrotny i szybki z piłką. Ma naturalny, trudny do rozszyfrowania drybling, oparty na balansie ciała i błyskawicznych zmianach kierunku prowadzenia futbolówki. Do tego jest silny i nawet najlepiej zbudowani obrońcy mają kłopoty z wybiciem go z rytmu biegu. Z jednej strony przypomina Theo Walcotta, z drugiej Edena Hazarda, a z trzeciej - Thierry'ego Henry'ego, swojego idola, na którym, jak sam przyznaje, się wzoruje.

Urodzony w Honolulu Wood, syn Japonki i Amerykanina z afrykańskimi korzeniami, jest w Niemczech już od 9 lat. Do TSV 1860 Monachium trafił jako 14-latek. Początkowo trudno było mu przyzwyczaić się do życia w chłodnym Monachium, które było całkowitym przeciwieństwem Kalifornii, gdzie wcześniej mieszkał. Na dodatek nie znał żadnego słowa po niemiecku. Wiedział jednak, że to dla niego szansa i musi ją wykorzystać.

Między 2007 a 2010 rokiem zasady profesjonalnego futbolu wpajali mu trenerzy drużyn młodzieżowych TSV. W barwach pierwszego zespołu Lwów Bobby zadebiutował 29 stycznia 2011 roku w meczu 2. Bundesligi z MSV Duisburg, a premierowego gola strzelił 10 miesięcy później w zremisowanym 1:1 spotkaniu z VfR Aalen. W sumie w barwach TSV Wood rozegrał 50 meczów, w których zdobył 13 bramek.



Zimą 2015 roku został wypożyczony do Erzgebirge Aue. Wystąpił w 9 meczach, trzykrotnie trafiając do siatki, ale nie pomogło to drużynie uniknąć spadku do 3. Bundesligi. W tym czasie selekcjoner reprezentacji USA, Jürgen Klinsmann, dał mu radę, która zabrzmiała jak... groźba. Niemiec uświadomił Woodowi, że musi zaistnieć w niemieckiej piłce właśnie teraz, inaczej będzie musiał szukać szczęścia gdzie indziej. W Europie bowiem 21-, 22-letni gracze uważani są za dojrzałych. Bobby wziął sobie te słowa do serca i... przeniósł się za darmo do Unionu Berlin. 17 goli w 31 grach sprawiło, że trafił do notesów skautów klubów z Bundesligi. Transfer był więc tylko kwestią czasu.

26-krotny reprezentant USA ma dać zespołowi Bruno Labbadii kilkanaście goli w sezonie. Jeśli w kolejnych miesiącach będzie równie skuteczny co na początku sezonu, tych trafień może być i 20. Z takim snajperem HSV nie powinno mieć problemów z utrzymaniem się w lidze.


Franck Yannick Kessié urodził się 19 lat temu w Ouragahio w południowo-środkowej części Wybrzeża Kości Słoniowej. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Stella Clubie z Abidżanu, skąd rok temu trafił do Atalanty Bergamo. Poprzedni sezon spędził na wypożyczeniu w Cesenie, której był podstawowym graczem. W Serie B rozegrał 37 meczów i zdobył 4 gole, tyle samo co... w pierwszych trzech kolejkach tej kampanii włoskiej ekstraklasy. Nie byłoby w tym nic aż tak nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Kessié to defensywny pomocnik.



Iworyjczyk jest obecnie najlepszym graczem Atalanty. Zdobył aż 4 gole, ma drugi wynik w drużynie pod względem liczby strzałów (po Alejandro Gomezie), wykonał najwięcej podań ze wszystkich graczy zespołu (144 - w tym 3 kluczowe), z 86-procentową celnością. Do tego wygrał 6 pojedynków (86%), zaliczył 5 przechwytów i 3 odbiory.

Kessié jest niezwykle silny, a przy tym wyjątkowo dynamiczny i jak na defensywnego pomocnika bardzo szybki, całkiem dobrze wyszkolony technicznie i... niezbyt wysoki - ma bowiem "tylko" 183 cm wzrostu. Nie boi się też oddawać strzałów na bramkę. W pierwszej reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej zadebiutował w wieku zaledwie 17 lat. Jego dobra forma na początku tego sezonu nie jest więc niespodzianką, ale raczej kontynuacją wzrostowego trendu. Jeśli uda mu się dalej tak odważnie kroczyć obraną ścieżką, za rok może być bohaterem głośnego transferu.


Andrea Belotti ma dopiero 22 lata, a w dorobku już ponad 70 meczów w Serie A. Bilans strzelecki też niczego sobie - 22 gole. Włoch w odróżnieniu od Wooda, Pohjanpalo czy Kessiégo zdążył już wyrobić sobie markę w piłkarskim światku. Każdy fan Serie A wie, kim on jest.

W poprzednim sezonie Belotti był podstawowym graczem Torino. Zdobył 12 goli i zanotował 5 asyst. Trudno było mu cokolwiek zarzucić, w odróżnieniu od wielu jego kolegów z zespołu. Na bramkę rywali nie uderzał co prawda zbyt często - 70 razy, ale za to całkiem celnie (połowa jego strzałów zmierzała między słupki i poprzeczkę). Kampanię 2016/2017 zaczął z wysokiego c, zdobywając 4 gole w 2 meczach. Niestety, na zgrupowaniu włoskiej kadry nabawił się kontuzji uda, która wykluczyła go z ostatniego spotkania Serie A z Atalantą.



Wychowanek Albinoleffe to charakterny gość, co to walki na boisku się nie boi. Potrafi się zastawić, przytrzymać piłkę z obrońcą "na plecach", a następnie szybko się obrócić i pomknąć w stronę bramki rywali. Ma instynkt snajpera, dobrze wie, gdzie ustawić się w polu karnym, by piłka do niego trafiła. Potrafi też kropnąć z dystansu, ale zdecydowaną większość goli zdobywa z szesnastki. Lubi grać jako cofnięty napastnik w duecie z klasyczną dziewiątką. Niektórzy eksperci porównują go do Gianluki Viallego, określając mianem "snajpera w starym stylu".

W 64 meczach w barwach Palermo Belotti zdobył 16 goli. By strzelić tyle samo dla Torino, potrzebował 39 spotkań. Z sezonu na sezon jest lepszy, sprytniejszy i bardziej skuteczny. Giampiero Ventura, nowy selekcjoner reprezentacji Włoch i były trener Torino, dobrze wie, na co go stać. Nic więc dziwnego, że wysłał do niego powołanie na mecze z Francją i Izraelem. Belotti, jeśli dalej będzie się rozwijał w takim tempie, za rok może trafić do klubu z czołówki Serie A. Ma bowiem "papiery" na grę o najwyższe cele.


Niklas Süle. Pochodzący z Frankfurtu 21-letni stoper był ponoć jednym z głównych kandydatów do zastąpienia Matsa Hummelsa w Borussii Dortmund. Cena podyktowana przez szefów TSG 1899 Hoffenheim okazała się jednak zaporowa nawet dla krezusów z Zagłębia Ruhry. Sternicy klubu z Badenii-Wirtembergii dobrze wiedzieli, co robią. Süle dostał bowiem powołanie do kadry Niemiec na turniej olimpijski w Rio de Janeiro. Swoją dobrą grą w Brazylii nie tylko pomógł reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów dojść do finału, ale także znacznie zwiększył własne notowania w kraju i zagranicą. W lutym portal transfermarkt.de wyceniał go na 8 mln euro, dziś już na 12. Latem może być wart 15 albo i więcej.

Sposobem gry Süle przypomina Hummelsa. Jego główne atuty to duża skuteczność w starciach jeden na jednego i umiejętność rozpoczęcia ataku drużyny inteligentnym, mierzonym podaniem. Tak jak jego starszy kolega potrafi też znaleźć się w polu karnym rywali i zrobić użytek ze swoich 195 centymetrów wzrostu. W poprzednim sezonie miał najwyższy wskaźnik performance score - 661 pkt (przygotowywany przez portal Squawka.com na podstawie różnych aspektów gry w poszczególnych meczach) ze wszystkich graczy Hoffenheim. Do tego 63 przechwyty, 35 odbiorów, wygrał też 55 pojedynków główkowych i zablokował 29 strzałów.



Latem Süle był nie tylko na celowniku Borussii Dortmund. Bardzo chciał pozyskać go także Jürgen Klopp. 21-letni stoper uznał jednak, że w tym momencie kariery lepsza dla niego będzie regularna gra w Bundeslidze w barwach Hoffenheim niż zażarta walka o miejsce w składzie The Reds. Pod okiem byłego trenera Borussii Dortmund Niklas mógłby stać się lepszym piłkarzem szybciej, ale postanowił pójść pod prąd. Oczywiście odmowa w letnim oknie transferowym nie oznacza, że piłkarz na zawsze skreślił Liverpool. Jeśli w każdym meczu Bundesligi będzie potwierdzał swoje atuty, następnego lata, a może już zimą, klub z czerwonej części miasta Beatlesów ponownie spróbuje ściągnąć go do siebie. Wówczas odrzucenie kolejnej oferty takie łatwe już nie będzie...

Dla Sülego, Belottiego, Kessiégo, Wooda i Pohjanpalo sezon 2016/2017 może być przełomowy. Ich kariery nabiorą tempa, wartość podwoi się lub potroi, kibice będą wypowiadać ich nazwiska z wypiekami na twarzy, jeśli tylko potwierdzą na boisku swój nieprzeciętny talent. By zostać piłkarzem o uznanej w Europie renomie, nie wystarczy tylko dar od Boga. Potrzeba jeszcze wytrwałości, silnego charakteru, wielu godzin ciężkiej pracy na treningach i ludzi, którzy w odpowiednim momencie na ciebie postawią i pomogą podjąć najlepszą decyzję z możliwych. Gdy każdy z wymienionej wyżej piątki spełni te warunki, podbije piłkarski Olimp.